ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki

Atrakcje Wieże widokowe    Wędrówki Rower Narty Na wózku Bezpiecznie Bliżej gór Las Historia Legendy


 

• start  » Relacje  » Do stolicy Górnych Łużyc

 
 

Napisany: 2012-10-10

Do stolicy Górnych Łużyc

Od setek lat ludzie pielgrzymują. Wytyczyli przez ten czas wiele dróg. Jedną z nich jest Via Regia

Przemierzając grupami i w pojedynkę, pokonują zazwyczaj ok. 30 km w ciągu dnia, bowiem większy dystans byłby zbyt wyczerpujący. Nie każdy jednak może sobie pozwolić na pielgrzymkę całą trasą Wysokiej Drogi. Stowarzyszenie Południowo-Zachodnie Forum Samorządu Terytorialnego "Pogranicze" i Christlig-Soziales Bildungswerk Sachsen przygotowały wspólny projekt pod nazwą "Via Regia: poznać Europę - od historii do przyszłości". Projekt ten ma zapoznać z historią mieszkańców woj. dolnośląskiego i Saksonii. W ramach projektu uczestnicy wędrówki mają zapewniony darmowy dowóz autobusem na miejsce startu i mety poszczególnych odcinków, na jakie podzielono cały szlak. Przemarsze odbywają się raz na tydzień i w ten sposób, można powiedzieć na raty, wszyscy chętni przejdą całą trasę, począwszy od Złotoryi aż do Königsbrück.

Symbol Weissenberg (fot. Krzysztof Tęcza)

Tym razem, czyli 22 września 2012 roku, chętni wyruszyli z miejscowości Melaune. Grupa liczyła dwadzieścia osób, a prowadzącym był Emil Mendyk. Ponieważ pogoda nie była najlepsza, nie można było ruszyć w sandałach tak jak czyniono to dawniej. Trzeba było założyć "prawdziwe" buty przewidziane do takich wędrówek. Ruszamy zatem w stronę widocznych w oddali wiatraków. Po zjednoczeniu Niemiec na okolicznych polach planowano budowę składowiska odpadów radioaktywnych. Praktycznie oznaczało to śmierć całego życia na tej ziemi. Mieszkańcy nie zgodzili się i rozpoczęli walkę. Udało się. Składowisko nie powstało. Na pamiątkę zwycięstwa ustawiono w 1994 roku drewniany krzyż z metalową tabliczką, na której umieszczono stosowny napis. Dowiadujemy się z niego, że na 40. hektarach miało tu wyginąć życie ponieważ prowadzimy nieprzyjazny przyrodzie tryb życia.

Uradowani, że udało się ocalić od zagłady tą piękną okolicą docieramy do miejscowości Buchholtz. Nad stawami założonymi przez Krzysztofa von Gersdorfa próbujemy sfotografować wodujące kaczki. Nieco dalej widzimy ciekawe drzewo o dużych szyszkowatych kwiatach koloru różowego. Nikt nie wie co to jest.

Na rynku Białej Góry (fot. Krzysztof Tęcza)

Ale oto docieramy do miejscowości Weissenberg. Przechodzimy koło zadbanego cmentarza żołnierzy radzieckich i już jesteśmy na rynku z ratuszem o wysokiej okrągłej wieży. Obok w niewielkiej fontannie umieszczono żeliwny odlew zielonego drzewa będącego herbem tej miejscowości. Ponoć Biała Góra to miejsce starć dwóch bogów: białego i czarnego czyli walki dobra ze złem.

Posiliwszy się nieco zapragnęliśmy spróbować, ponoć smacznych, miejscowych pierników. Niestety nie dane nam było tym razem poznać ich smaku. Sklep i zarazem muzeum w sobotę jest czynny dopiero od godziny trzynastej. Na osłodę zostaliśmy poczęstowani przez prowadzącego czekoladą. Obejrzeliśmy aktualnie remontowany stary dom przysłupowy oraz widoczny za murem kościół. Akurat był otwarty.

Restaurowany dom szachulcowo-przysłupowy w Weissenberg (fot. Krzysztof Tęcza)

Kościoły ewangelickie mają bardzo surowy wystrój. Brak w nich ozdób i przepychu jak w kościołach katolickich. Przy murze cmentarnym widzimy mogiłę, w której pochowano siedemnastoletniego chłopca rozstrzelanego pod koniec wojny za dezercję. Nasuwa się pytanie: bohater to czy zdrajca? Zapewne my będziemy odmiennego zdania niż jego rodacy. Do tej pory wydawało nam się, że właściwie idziemy po równym terenie. Lecz wkrótce musieliśmy pokonać prawie sto stopni schodów. A więc jednak jest to, tak jak sugeruje nazwa, góra.

Dotarliśmy do leśnego wąwozu, mijając wiadukt będący pozostałością po jeżdżącej tędy kolejce. Spotykamy też po drodze nastolatkę na pięknym rumaku. Po przekroczeniu drewnianego mostku nad rzeką Lobau idziemy wąską ścieżką. Zieleń, szum wody, a przede wszystkim nastrój jaki nam się udzielił, zachęca do marszu naprzód, przed siebie. Nie zrażają nas nawet powalone wielkie drzewa, które bardzo utrudniają wędrówkę. Niektóre, ze względu na strome zbocze, musimy ominąć. Wydłuża nam się droga ale mimo wszystkich trudności docieramy do miejscowości Gröditz.

Spotkanie na trasie (fot. Krzysztof Tęcza)

Pałac przykryty mansardowym dachem. niestety jest zamknięty. Kiedy już mieliśmy iść dalej podeszła do nas pani i zaproponowała, że oprowadzi nas po zabytku. Nicol opiekuje się tym zabytkiem w imieniu obecnego właściciela Bertharta Zenkera. Jego rodzina mieszkała tutaj aż do 1945 roku. Jakiś czas temu stworzono im możliwość odkupienia swoich posiadłości. Teraz, w miarę swoich możliwości, prowadzi on prace remontowe. Pomagają mu mieszkańcy i wolontariusze. Na szczęście widać już efekty tych prac. Na aukcjach internetowych kupowane są meble pasujące do wnętrz pałacowych. Niektóre są prezentami od przyjaciół. Aby sprostać wyzwaniom założono Stowarzyszenie Pro Gröditz eV. Posunięcie takie szybciej przybliża końcowy efekt podjętych prac, którym jest przywrócenie dawnej świetności obiektu.

W drodze przez mostek (fot. Krzysztof Tęcza)

Pozwolono nam obejrzeć parter pałacu. Pokoje zostały odnowione i wyposażone w stare meble. Niektóre z nich wprawiły nas w zachwyt. Zauważyliśmy także "tajne" przejścia ukryte w ścianach. W oknach zawieszono ciekawe witraże, między nimi wiele pamiątkowych portretów i ładnych obrazów. Są tu też wspaniałe piece kaflowe. Oczarowani tym wszystkim, bez wahania sięgnęliśmy do kieszeń by wrzucić po symbolicznym euro do skarbonki. Emil dokonał stosownego wpisu do księgi pamiątkowej.

Kiedy wyszliśmy przed pałac okazało się, iż właśnie przybył Dietmar. Zaprosił nas do schroniska dla pielgrzymów Santa Martha. Mogliśmy zobaczyć jak wygląda obiekt w środku. Jest tu kilkuosobowy pokoik, świetlica i kuchnia samoobsługowa. Koszt noclegu to symboliczne "co łaska", jednak najczęściej pielgrzymi zostawiają 5 €.

Pałac w Gröditz (fot. Krzysztof Tęcza)

Dietmar zaproponował nam wizytę w kościele, jednak najpierw zaprosił nas do stodoły na posiłek. Okazało się, iż koło kościoła mają stary budynek gospodarczy przystosowany do organizacji różnych imprez, nawet weselnych. To tutaj spotykają się grupki młodzieży i wydawane są tu posiłki. Zachęceni spróbowaliśmy gulaszu z chlebkiem i ciemnym piwkiem. Pyszne. Porcja jaką dostaliśmy w zupełności wystarczyła byśmy poczuli się najedzeni. Dlatego nie było problemu by ruszyć w dalszą drogę. Najpierw zajrzeliśmy do wspomnianego kościoła. Już przy wejściu zaskoczył nas napis umieszczony nad drzwiami. Był on jakiś "znajomy". Okazało się, iż napisy są tu dwujęzyczne: po niemiecku i górnołużycku. W środku urzekł nas ołtarz z obrazem przedstawiającym scenę ukrzyżowania Jezusa, a nad nim Wniebowzięcia. Po obu stronach widoczne okna zaopatrzone zostały w zachwycające witraże.

Zaproszenie do schroniska Santa Martha (fot. Krzysztof Tęcza)

Pożegnaliśmy naszego gospodarza, który zaraził nas optymizmem i radością. Ruszyliśmy lipową aleją przez pola w stronę widocznego lasu. Jeszcze tak szybko nie szliśmy. Zerwał się wiatr i siekł w naszą stronę deszczem. Każdy starał się ukryć pod drzewami. Dotarliśmy w bezpieczne miejsce – wówczas wiatr ustał a deszcz przestał padać. Znak wskazujący nam dalszą drogę, namalowany na pniu drzewa, z powodu pęknięcia kory wyglądał jakby kierował w dwie przeciwne strony. Nie daliśmy się jednak zwieść i poszliśmy we właściwym kierunku. W nagrodę spotkaliśmy ładne koniki, które dały się nam pogłaskać. Minęliśmy niewielki pałac otoczony fosą, nad którą przerzucono kamienny mostek i dotarliśmy do miejscowości Drehsa. Znajduje się tutaj wieża widokowa. Niestety nie udało nam się wejść na górę gdyż nie zastaliśmy osoby dysponującej kluczem. Każda jednak niedogodność może obrócić się na dobre. Dlatego gdy zdecydowaliśmy o przerwie na posiłek okazało się, iż drzewo pod którym stanęliśmy, to orzech włoski. Co chwile spadały z niego dojrzałe orzechy. Mieliśmy zatem smaczny deser.

Na rogatkach Budziszyna (fot. Krzysztof Tęcza)

Podczas dalszej wędrówki drzew owocowych i orzechowych rosnących przy polnych drogach spotkaliśmy wiele. Co ciekawe nikt nie zbiera ani orzechów, ani jabłek, ani gruszek. Owoce zalegają w trawie i na drogach, tworząc całe kolorowe dywany. Idąc spacerkiem takimi właśnie drogami powolutku zbliżaliśmy się do ostatniego punktu naszej wędrówki. Był nim Budziszyn. Zaraz na początku miasta ujrzeliśmy tablicę, na której umieszczono stosowne powitanie dla przybywających turystów. Teraz pozostało nam już tylko dotrzeć w umówione miejsce, w którym miał na nas oczekiwać autobus. Szkoda tylko, że nie zwiedzimy dzisiaj Budziszyna, wszak to przepiękne miasto. Organizatorzy przewidzieli zwiedzanie podczas kolejnego etapu naszej pielgrzymki, czyli w kolejnym tygodniu. Wracamy do domów patrząc jak na niebie pojawia się świecący coraz mocniej duży srebrny księżyc.

Krzysztof Tęcza

 
 
 
 

Linki: · Ostatnia królewska wędrówka · Królewskim traktem z Lwówka do Lubania

 
ExpresMenu
 

Zobacz więcej

 
 

© Góry Izerskie 2006-2017

http://www.goryizerskie.pl

newsletter kontakt redakcja prywatność archiwum spis treści facebook partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: regały magazynowe montaż haków holowniczych plomby gwarancyjne sprzątanie Wrocław