ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki
 

• start  » Historia  » List z prewentorium

Napisany: 2010-10-14

List z prewentorium


Na święta Bożego Narodzenia matka zabrała mnie do sanatorium. Spałam z nią w jednym łóżku. Nocą na wysokich sufitach i w ogromnych oknach odbijał się blask śniegu. W sanatorium poznałam dwóch chłopaków w moim wieku. Jeden był synem lekarza pracującego w sanatorium, a drugi, bardzo ładny chłopiec, na imię miał Józek. Jego rodzice też pracowali w sanatorium. Ojciec – Józef Gielniak od lat chorował na gruźlicę – pamiętam butlę z tlenem stojącą cały czas przy jego łóżku. Był utalentowanym i wielokrotnie nagradzanym artystą grafikiem. Specjalizował się w linorycie. Na żadną inną technikę nie pozwalał mu brak zdrowia. Jeszcze jeden złamany przez gruźlicę życiorys. Już po moim wyjeździe ojciec Józka zmarł.

Z odwiedzin u matki wracałam sama – kierowca autobusu wysadzał mnie na Rozdrożu Izerskim (fot. archiwum M. Pietraszewskiej)

W "Bukowcu" usłyszałam historię lekarza, który tylko raz przystąpił do operacji. W tamtych czasach aby dostać się do płuca zawieszano pacjenta za rękę do góry. Klatkę piersiową otwierano rozcinając półkole od piersi do połowy pleców. Nigdy nie było wiadomo, czy po otwarciu okaże się gruźlica czy rak. Kiedy ów lekarz otworzył pacjenta, zobaczył raka, poczuł smród i uciekł z bloku operacyjnego. Mówiono wtedy, że rak nie może zobaczyć światła dziennego, bo wtedy się uaktywnia. Chory po tygodniu zmarł.

Pewnego dnia po jedną dziewczynkę i jej brata przyjechali jacyś ludzie. Powiedzieli, że rodzeństwu umarł rodzic i muszą ich zabrać do domu dziecka. Zabierano kolejne dzieci...
Zima mijała, dni stawały się coraz dłuższe i nasze spacery też. Chodziliśmy izerskimi drogami, ale nie zabierano nas wysoko w góry. Nigdy też nie byliśmy na żadnej wycieczce w pobliskich miasteczkach.

Dawniej często się śmiałam. Bardzo lubiłam tańczyć i śpiewać...

Postanowiliśmy wystawić przedstawienie. Nie pamiętam dokładnie ale jestem przekonana, że namówił nas do tego, Piotrek Łazarkiewicz. Był prawdziwy król. Ja byłam królową. Wieczorami odbywały się próby. Nikt nas wówczas nie pilnował, więc byliśmy wolni jak ptaki. Król miał berło – tłuczek owinięty krepiną. Korony zaś wycięliśmy z kartonu. Pani Celinka dała nam kilka zniszczonych bombek choinkowych. Rozbiliśmy je i przykleiliśmy do koron. Miałam balową suknię i buty na obcasach. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba byłam wyższa od króla. Przedstawienie się udało. Piotrek nas fotografował, były oklaski i gratulacje. To było coś!

Pani Maria, która zajmowała się grupą młodszych dziewczynek, do pomocy wzięła Olkę. Dziewczynka była ode mnie o rok młodsza. Bardzo rezolutna. Pilnowała dyscypliny i porządku – Pani Maria nawet chyba ją bardzo polubiła. Raz postawiłam się Olce. Zawołała mnie do magazynku i tak oberwałam pięścią w twarz, że wylądowałam na podłodze!
Kiedy przyszła wiadomość, że umarł ojciec Olki, rodzina zabrała ją wraz z młodszą siostrą na pogrzeb. Przywiozły z niego zdjęcie. Widać było na nim Olkę, stojącą ze swoim rodzeństwem nad ojcem w trumnie, a na jego oczach leżały monety. Po jakimś czasie przyjechali po Olkę, by zabrać do domu dziecka. Pani Maria wpadła w szał! Powiedziała, że jej nie odda, nie jej. Olka wraz z młodszą siostrą zostały. Na jak długo? Nie wiem.

Stary budynek dawnego schroniska Ludwigsbaude, późniejszego prewentorium, też ZACHOROWAŁ. Padł ofiarą ludzkiej ślepoty...
Tak budynek wyglądał w 2008 r. Teraz jego stan jest dużo gorszy - zawalił się częściowo dach (fot. GÓRY IZERSKIE)

W prewentorium poznałam chłopaka. Był bardzo skryty. Nie wiem z jakim bagażem doświadczeń do nas przybył. Koledzy często się z niego naśmiewali. A ja, widać lubiłam takich nieudaczników. Idzie raz na śniadanie, a na policzkach ma rany. Pytam "Co się stało?!" Nie powiedział. Potem dowiedziałam się od kogoś, że zrobił to sobie ręcznikiem. Często się okaleczał. Zapytałam kiedyś dlaczego? Odpowiedział, że chce się zabić. Moje myśli przyspieszyły – ja przecież też chcę!

Jedna dziewczynka tak pięknie śpiewała, że ciągle ją prosiliśmy: "Zaśpiewaj". A ona drżącym głosem nuciła słowa piosenki:

Moja matko ja wiem ile nocy nie spałaś,
gdy żegnałaś nasz dom, aby iść w obcy świat
i na szczęście dalekie, skromny dar, lniany ręcznik mi dałaś,
haftowany przez ciebie i barwny jak kwiat.
Gdy mi smutno i źle, idę w leśną gęstwinę,
w szumie dębów i brzóz wspomnę owe dwa dnie.
Na zwalonym przez burzę starym pniu lniany ręcznik rozwinę,
wtedy wraca i miłość, i szczęście, i łzy...

Wspomnienia Małgorzaty Pietraszewskiej
opracował Arkadiusz Lipin

Linki: · Rozdroże Izerskie · Dom na rozdrożu · Zagłada pewnego zabytku

© Góry Izerskie 2006-2020

http://www.goryizerskie.pl

kontakt redakcja facebook prywatność spis treści archiwum partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: montaż haków holowniczych regały magazynowe plomby gwarancyjne sprzątanie Wrocław