ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki

Atrakcje Wieże widokowe    Wędrówki Rower Narty Na wózku Bezpiecznie Bliżej gór Las Historia Legendy


 

• start  » Relacje  » Górniczym szlakiem

 
 

Napisany: 2015-06-10

Górniczym szlakiem

RAJD NA RATY odkrywał dawne izerskie kopalnie

(fot. Krzysztof Tęcza)

W ostatnią niedzielę maja wyruszyliśmy na piętnastą już w tym roku wycieczkę zorganizowaną z cyklu Rajd na Raty. Jak wszystkich pozostałych, tak i tę zorganizował Oddział PTTK „Sudety Zachodnie” w Jeleniej Górze. Jako prowadzący zaproponowałem trasę z Orłowic koło Świeradowa-Zdroju po Przedgórze Rębiszowskie. Ponieważ dzień zapowiadał się ciekawie, naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od wizyty w pierwszym napotkanym sklepie, gdzie wykupiliśmy cały zapas kiełbasy. Pomyślałem bowiem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by drugie śniadanie spożyć przy ognisku. Choć ruszyliśmy żwawo w drogę, zdążyliśmy obejrzeć w Krobicy pomnik wystawiony dla uczczenia mieszkańców miejscowości poległych podczas I wojny światowej. Od razu po wyjściu poza zabudowania wiedzieliśmy, że dzisiejsza wycieczka dostarczy nam wielu wspaniałych przeżyć. Pomimo, że podążaliśmy podnóżem Grzbietu Kamienickiego to zaraz nad nim widzieliśmy wyraźnie, znacznie wyższy Grzbiet Wysoki. Oba wspomniane grzbiety należą do polskiej części Gór Izerskich. Od razu też zauważyliśmy kolej gondolową oraz schronisko na Stogu Izerskim. Ustawiony powyżej schroniska maszt wyglądał jak olbrzymi piorunochron.

W głąb Ziemi

(fot. Krzysztof Tęcza)

Polną ścieżkę, którą szliśmy, jakiś czas temu wyasfaltowano. Nie trwało to zbyt długo. Zaraz dotarliśmy do kopalni Św. Jan. Na ławeczkach przy kasie siedziały już panie z informacji turystycznej w Mirsku, które podczas weekendów oprowadzają chętnych po kopalni. Ponieważ nie było jeszcze żadnych autokarów wykorzystaliśmy okazję. Na początku poznaliśmy historię obiektu. Zarówno tę dawną jak i najnowszą. Po włożeniu na głowy kasków zeszliśmy do szybu św. Leopolda. Podzieleni na trzy grupy, staraliśmy się wypatrzyć jak najwięcej szczegółów, na które zwracała uwagę przewodniczka. Niemal wszyscy uczestnicy wycieczki byli tutaj po raz pierwszy. Dlatego też nie dziwił mnie wcale zachwyt z jakim oglądali sztolnię. Samo przejście wąskimi (60 cm) chodnikami, często skręcającymi i bardzo niskimi wymagało nie tylko sprytu i zwinności, ale również nie lada wysiłku. Do tego każdy chciał napatrzeć się na kolorowe ściany. Kopalnia większości z nas kojarzy się z szarą, brudną dziurą. Tymczasem w Krobicy, kiedy oświetli się ściany kopalni, wszytko staje się kolorowe, aż ma się wrażenie, że to bajka. Jednak kolory są prawdziwe. Gdy zatem dodamy do tego panujący półmrok, prawie stuprocentową wilgotność i temperaturę powietrza w granicach 6 stopni Celsjusza - poczujemy się jak poszukiwacze skarbów. Byliśmy oczarowani Kopalnią Św. Jan.

(fot. Krzysztof Tęcza)

Na zachętę dla tych, którzy zechcą ruszyć w nasze ślady, podam kilka faktów. Wydobycie w stokach góry Kocioł rozpoczęto po odkryciu złóż rudy zawierającej cynę, w XVI wieku. Ponieważ w tamtych czasach nie było na miejscu odpowiednio przeszkolonej kadry, hrabia Schaffgotsch, właściciel tych terenów, sprowadził pierwszych 400 górników z Czech. Rozpoczęli eksploatację i szkolili następców. To ważne, bo pracujący w tak ciężkich warunkach górnik rzadko dożywał 35 roku życia. Górnicy żyli krótko. lecz byli względnie bogaci. Posiadali też dużą wiedzę. Każdy z nich znał podstawy geologii, matematyki, fizyki, medycyny itp. Musieli wszak dawać sobie radę nie tylko z organizacją szybu, wydobyciem rudy, jej segregacją, lecz także udzielić sobie wzajem pomocy czy zaprojektować i zbudować urządzenia potrzebne do prawidłowego funkcjonowania kopalni, a nawet domu czy obiektów gospodarczych. Od tego wszystkiego zależało ich życie.
W XVIII wieku cynowe El Dorado się zakończyło. Eksploatacja złóż przestała być opłacalna. Od tej pory opuszczone szyby stopniowo ulegały niszczeniu. Przyczyniły się do tego przede wszystkim warunki naturalne. Samoistne obsypywanie się szybów, zawały, także wykorzystywanie ich przez mieszkańców jako wysypiska śmieci – doprowadzały do degradacji kopalni. Kiedy w 2010 roku podjęto decyzję o odnalezieniu szybu św. Leopolda, aby go udrożnić – musiano wybrać zeń wiele ton śmieci. Dzięki determinacji jednego z twórców opisywanej atrakcji turystycznej – Macieja Madziarza – udało się doprowadzić podjęte prace do końca. Oczywiście utworzenie dostępnej do zwiedzania podziemnej trasy nie było tanie. Całość prac pochłonęła prawie 3,7 mln zł. Znaczącą część środków pozyskano w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego z Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Dolnośląskiego na lata 2007-2013. Nie bez znaczenia była także darowizna przekazana przez Fundację POLSKA MIEDŹ. Choć stosunkowo nieduża, pozwoliła na wybudowanie przedsionka wejściowego do sztolni. Umieszczono tam ekspozycję wystawową. Nie bez znaczenia jest też fakt, że beneficjent – Gmina Mirsk, w ramach programu utworzyła także ścieżkę turystyczną: „Śladami dawnego górnictwa kruszców”.

Błędną ścieżką

(fot. Krzysztof Tęcza)

Po kilkudziesięciu minutach w chłodnej kopalni, na wolnym powietrzu wydało nam się upalnie. Tuż przy wyjściu z szybu płynie Krobicki Potok, którego wody napędzały kiedyś wielkie koło wprawiające w ruch maszynę odwadniającą sztolnie.
Ruszyliśmy szlakiem oznaczonym narzędziami górniczymi umieszczonymi na białym tle. Niektórzy zdziwili się, że pyrlik i żelazko są przedstawione w odwróconej pozycji. Nie ma jednak w tym żadnej pomyłki. Otóż nieeksploatowana kopalnia zawsze jest oznaczana w ten sposób.
Niestety owo oznakowanie ścieżki jest fatalne. Zadanie to powierzono osobom, które najwidoczniej nie miały zielonego pojęcia o zasadach sztuki znakowania szlaków turystycznych. Zupełnie nie spełnia swej roli. Powoduje wręcz zamęt, a niekiedy sprawia wrażenie, jakby turystę chciano celowo wpuścić w maliny. Jednym słowem obecne oznakowanie szlaku wymaga poprawy. Dobrze byłoby tym razem zadanie to oddać w ręce fachowców, czyli wyszkolonych znakarzy szlaków turystycznych.

(fot. Krzysztof Tęcza)

Wędrując dalej napotykamy dziwne górki i dołki. To resztki wyrobisk oraz hałdy. Widać, że niektóre, te większe, zachęcają poszukiwaczy skarbów do ich rozkopywania. My koncentrujemy się na podziwianiu pięknych widoków. Pomiędzy drzewami widać już wieże Mirska. Nieco dalej widok jest jeszcze bardziej rozległy. Wąska ścieżka ukryta w zieleni jest wyściełana igliwiem i porośnięta trawą. Stąpanie po takim podłożu sprawia wrażenie jakbyśmy szli po grubym dywanie. Przyjemne odczucie kończy się dopiero za drewnianym mostkiem przerzuconym nad potokiem. Na horyzoncie widać zamek Gryf. Nieco z boku wieże ratusza i kościoła w Gryfowie Śląskim.

Ponieważ zwiedzanie podziemnej trasy pochłonęło nieco czasu – pominęliśmy zejście do kopalni Psi Grzbiet. Udaliśmy się w przeciwną stronę, tak by dojść do miejsca, w którym usypano dawniej wysoki wał kamienno-ziemny, spiętrzający wodę. Było to ujęcie wody technologicznej potrzebnej w procesie wydobywczym. Dzisiaj oczywiście wał jest rozkopany, a po obu jego stronach wykonano wygodne drewniane stopnie ułatwiające przejście na drugą stronę potoku.

(fot. Krzysztof Tęcza)

Przygotowano tu bardzo wygodne miejsce odpoczynkowe. Specjalne miejsce na ognisko prędko wypełniamy chrustem. Skwierczący nad płomieniami tłuszcz z kiełbasek zapowiada smakowite drugie śniadanie.

Po posiłku oraz konkursie krajoznawczym z nagrodami ufundowanymi przez Regionalną Pracownię Krajoznawczą przy Związku Gmin Karkonoskich w Bukowcu, gasimy wodą ognisko i ruszamy dalej w stronę kopalni Św. Karol. Z zaciekawieniem oglądamy wielką dziurę w ziemi, ale zejście do niej jest zbyt niebezpieczne. Niebawem jesteśmy przy kolejnej kopalni, nazwanej Wielkie Pocieszenie. Tutaj wejście do szybu zabezpieczono wielką betonową płytą. I dobrze...

Z górniczej osady do ośrodka

(fot. Krzysztof Tęcza)

Spomiędzy ramion drzew dostrzegamy białą wieżę kościelną. To kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Gierczynie. Niestety przyszliśmy kilka godzin po niedzielnej Mszy Świętej. To kościół filialny, otwierany tylko na nabożeństwa. Wiedząc o tym, umówiłem się z opiekunką świątyni, dzięki czemu mogliśmy wejść do wnętrza. A było warto. Samo bowiem zajrzenie przez kraty w drzwiach nie pozwala dojrzeć pięknego kasetonowego stropu. Tak kolorowego, że trudno oderwać wzrok. Wyposażenie kościoła wymaga gruntownego odświeżenia, ale warto wiedzieć, że konstrukcja dachu wykonana jest jeszcze starą metodą, bez użycia gwoździ. Zamiast nich stosowano kołki wykonane z innego rodzaju drewna niż główne belki. Na wieży dawniej umieszczono dwa dzwony. Zachował się jeden, uszkodzony. Widoczne na nim herby, inskrypcje i data 1761 zapewne wskazują na czas i okoliczności odlewu. Niestety stan techniczny schodów prowadzących na wieżę, nie pozwala na jej zwiedzanie. Czuliśmy pewien niedosyt, bo widoki z niej zapewne są piękne.

Wracając na górniczy szlak dostrzegliśmy po drugiej stronie potoku, piękny dom przysłupowy. To gospodarstwo agroturystyczne Gierczynówka. Posiada rekomendację Sudeckiego Towarzystwa Turystyki Wiejskiej i, wierzcie mi, naprawdę wygląd jego otoczenia zachęca do odpoczynku.
Mijając zielony szlak turystyczny, podchodzimy pod wzgórze o nazwie Kufel i docieramy do przysiółka Lasek. Niektórych dziwi widok murków oporowych poukładanych z płaskich kamieni. Co jakiś czas są w nich wgłębienia, w których wypływa niezwykle czysta woda.

(fot. Krzysztof Tęcza)

Na wierzchołku możemy nieco odpocząć i rozejrzeć się dookoła. A widoki są przepiękne. Aż trudno z żalu ruszyć w dalszą drogę. Mijamy starą leśniczówkę. Nowy właściciel właśnie przeprowadza kapitalny remont. To ciekawy obiekt – chodzą słuchy, że to właśnie tutaj odpoczywał Hans Frank [generalny gubernator Generalnego Gubernatorstwa, okupowanych podczas II w. ś. ziem polskich – przyp. red.]. Pewnie to tylko plotki... Choć w Lasku działał w latach wojny ośrodek czystej rasy, w którym wyselekcjonowane ochotniczki rodziły stuprocentowych Aryjczyków. Ośrodek był dostępny tylko dla bardzo wysokich rangą oficerów. To tzw. Leśny Zamek, dziś jako obiekt prywatny, po 17 latach remontu wkrótce przyjmie pierwszych gości. Będzie przeznaczony głównie dla sportowców. Podziemna kondygnacja to jedno wielkie SPA. Poza typowymi urządzeniami zainstalowano komorę śnieżną, kriokomorę oraz kapsuły regeneracyjne. Sportowcy będą mieli do dyspozycji także baseny. Przebudowa tego obiektu w Leśny Kurort została dofinansowana niemalże w 50% przez Unię Europejską (ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego) oraz z budżetu państwa (w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Dolnośląskiego na lata 2007-2013). Obiekt – choć ogromny – nie przeraża. Zbudowany z pietyzmem, harmonijnie wtapia się w otoczenie. Podczas prac wyrównawczych wykopano ukryte pod ziemią trzy wielkie wózki kopalniane. Po odremontowaniu zostaną ustawione jako ozdoba. Ich odnalezienie nie dziwi – wszak wokół jest wiele szybów górniczych, a ośrodek przez dłuższy czas był domem wypoczynkowym dla górników.

O chlebie do domu

(fot. Krzysztof Tęcza)

Niestety zachwyty nad Leśnym Kurortem doprowadziły doprowadziły do sporego opóźnienia w czasie. A pociąg nie zaczeka... Musieliśmy więc ominąć sztolnię Fryderyka Wilhelm, ani też nie podchodzimy do niedawno otwartej Starej Kuźni w Przecznicy. Odwiedzimy je podczas kolejnych wycieczek. Oglądamy jedynie kopalnię Św. Maria Anna oraz upadową jaka zachowała się po ponownym uruchomieniu kopalni w latach 50. XX wieku. Największe jednak wrażenie zrobił na wszystkich ogródek w pierwszym domostwie, do którego dotarliśmy. I wcale nie chodzi o jego schludność. Wszystkich zauroczyły krzaki kwitnącej azali pontyjskiej. Ten zapach...

Skręciliśmy w stronę sklepiku. Prowadzący go pan, jak tylko ma wolną chwilę, wspaniale gra na akordeonie. A nam pozostało już tylko ruszyć drogą w stronę Rębiszowa. Niby spóźnieni, dotarliśmy trochę przed odjazdem pociągu. Wykorzystaliśmy zatem pozostały czas by ruszyć za swymi nosami. Wiedzeni niesamowitym zapachem dotarliśmy do piekarni pana Andrzeja Woźniaka [świetnego fotografika izerskiej przyrody – przyp. red.]. Akurat wyciągano z pieca chleb. To, że był gorący tylko nas zachęciło do konsumpcji. Ze wspaniałym smakiem w ustach wsiedliśmy do pociągu, by w niespełna pół godziny dotrzeć do Jeleniej Góry.

Krzysztof Tęcza 

 
 
 
 

Tagi: · kopalnia · górnictwo · relacja z wędrówki

Linki: · Bogactwa izerskie: cyna i widoki · Dawne górnictwo w śląskich Górach Izerskich · Bogactwo wnętrza gór

 
ExpresMenu
 

Zobacz więcej

 
 

© Góry Izerskie 2006-2017

http://www.goryizerskie.pl

newsletter kontakt redakcja prywatność archiwum spis treści facebook partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: plomby gwarancyjne montaż haków holowniczych regały magazynowe sprzątanie Wrocław