ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

Grabek Sport Jakuszyce - w sercu Gór Izerskich
 
 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki
 

• start  » Góry Literackie  » Popatrzmy historycznie

Napisany: 2023-01-09

Popatrzmy historycznie

Kres jednej wyprawy jest zarazem początkiem nowej podróży

Meteor muskający atmosferę z 1913 roku. Obraz Gustava Hahna obserwowany nad High Park w Toronto (źródło: domena publiczna)

W ostatnich tygodniach 2022 roku dwie książki zaprowadziły mnie do roku 1913. Najpierw Ostatnia podróż Winterberga Jaroslava Rudiša. Napisana po niemiecku przez urodzonego za górą w czeskim Turnovie mojego równolatka, opowieść o dożywającym swych dni panu Winterbergu — ostatnim tramwajarzu Berlina Zachodniego. Urodzony w październiku 1918 r. w Reichenbergu, czyli takoż nieodległym Libercu, jest rówieśnikiem Czechosłowacji oraz powstałego właśnie pod Ještedem (dla niego oczywiście Jeschken) pierwszego w Austro-Węgrach cmentarnego krematorium, prowadzonego zresztą przez jego ojca. W wymarzonej wyprawie kolejowej do Sarajewa śladami młodzieńczej miłości, towarzyszy mu zbiegły po 1968 r. z Czechosłowacji narrator. Dla tegoż ta podróż (rzecz niezwykła w jego pracy jako opiekuna niemieckich seniorów) staje się zwierciadłem, konfesjonałem, ale przede wszystkim czystym wariactwem. Przewodnikiem zaś w podróży jest czerwony bedeker po C.-K. Monarchii wydany właśnie w roku 1913, "kiedy świat był jeszcze normalny – podkreślił Winterberg. – I ta normalność doprowadziła do I wojny światowej. Doprawdy, piękna normalność". Mocno zużyty tomik prowadzi przez środkowoeuropejski "beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins", jak powtarzał pewien spotkany przez przez Winterberga Anglik. "On potrafił patrzeć historycznie".

OSTATNIA PODRÓŻ WINTERBERGA, Jaroslav Rudiš , Książkowe Klimaty: 2021

Druga z książek, taka spod choinki, to Empuzjon Olgi Tokarczuk. Akcja rozgrywa się jesienią roku 1913 w przeciwgruźliczym sanatorium w Görbersdorfie (na mapie szukajcie Sokołowska, gdzie — później? niegdyś? czas nie gra roli — spędził dzieciństwo Krzysztof Kieślowski). Jako żywo dolnośląska Czarodziejska Góra, w której jednak główny bohater nie przyjeżdża do śląskiego Davos jako młody inżynier z Hamburga, a ze Lwowa pod nazwiskiem Mieczysław Wojnicz; doktor Settembrini nazywa się tutaj Semperweiß (o, ukryta w nazwisku wieczna wszechwiedzo i nieskazitelna bieli środowisk medycznych!), a cała menażeria ludzkich postaw i temperamentów skrywa się pod sterylnym kloszem sanatoryjnych rytuałów w oczekiwaniu, aż "zwolni się miejsce" w głównym domu zdrojowym. W świat "porządku i punktualności, profesjonalizmu i spokoju", gdzie "ludzie z powagą traktowali swoje dolegliwości, ale starali się żyć normalnie" wdarło się nieoczekiwane: na strychu znaleziono powieszoną żonę właściciela pensjonatu, pana Opitza. "Nie miała tu nikogo, była z Czech".

Obie książki powstały nie tak dawno, w czasie, gdy tu i ówdzie tęsknie wspominano dawne, dobre czasy początku XX wieku. Bo przecież kiedyś to było jakoś fajniej. I te obrazki Franza Josefa w knajpach Pragi, Przemyśla czy Mariboru — ale już rzadziej Salzburga czy Grazu. I albumy niemal każdego dolnośląskiego czy pomorskiego miasteczka na starych fotografiach. I Es war mal... w tytułach na okładkach książek blaknących w witrynie Schlesiesche Schatztruhe w Görlitz. I kajzerowskie flagi na gumnach przetrzebionych ostatnio obywateli Rzeszy, wśród których prym okazał się wieść książę von Reuss z Turyngii (za lasem, w pałacu owego rodu w Staniszowie, flaga żadna nie powiewa, a w rozlewanym właśnie świeżym wypusku Fabryki Likierów Dzida i Synowie jeszcze wyraźniej czuć posmak gencjanki). "Kiedy jako przewodniczący Rady jeździłem po Europie, w wielu stolicach czuło się czekanie na jakieś nowe Sarajewo", napisał kilka lat temu Donald Tusk.

EMPUZJON, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie: 2022

No, więc Sarajewo nam się wydarzyło. I zmartwieniem właścicieli barów we Lwowie czy Drohobyczu nie jest już poplamiony obrazek Najjaśniejszego Pana...
Przyznam się, że skóra mi ścierpła już w połowie grudnia 2021 r., gdy znad mroźnej Wołgi popłynęła wieść o ultimatum. To słowo bardzo źle brzmiało już latem 1914. I jeszcze gorzej zabrzmiało teraz, bo oznacza ono, że decydujący o naszym losie ludzie rezygnują z woli rozmowy, dyskusji, sporu, a nawet kłótni czy dyplomatyczno-gospodarczych szachów; rezygnują z rozumu na rzecz tępej, atawistycznej siły i walenia coraz to bardziej udoskonalaną maczugą. W czym osobliwie od wieków celują faceci małego wzrostu z wyniesionymi z dzieciństwa kompleksami i urazami; siedzący w bunkrach czy choćby grodzonych willach. Samotni tchórze, którzy cudzymi rękoma najchętniej walczą z pozbawionymi ochrony kobietami, dziećmi, chorymi. Rodzice, dbajcie o dzieci, dawajcie im ciepło i rozmawiajcie z nimi, by za kilka dekad ktoś nie musiał cierpieć z powodu Waszego braku czasu teraz. A wieczorem obejrzyjcie sobie Białą wstążkę Hanekego.

W zasadzie politycy powinni regularnie trafiać na badania do jakiegoś ośrodka medycyny pracy. Jak nauczyciele czy kierowcy. By sprawdzić ich empatię, gotowość do rozmowy, zdolność rozumienia i rozróżniania rzeczy — kompetencje miękkie i inne takie. Może to jest jakiś kamyczek do powstającej mozaiki kształtującego się na nowo świata? Inny model reprezentacji i podejmowania decyzji.
Tych znaków końca świata, który dotychczas znaliśmy, było i jest ostatnio dosyć. Wystarczy otworzyć dowolny portal informacyjny i prześledzić wiadomości dozowane dla każdego z nas osobna przez algorytmy Prawdominu, gdzie sztuczna inteligencja miesza się z całkiem naturalną głupotą.

We wrześniu, po 70 latach (cóż za symboliczna liczba pełni i doskonałości!) zasiadania na tronie zamknęła oczy królowa imperium, nad którym jednak może zachodzić słońce. Ledwie kilka dni wcześniej JKM Elisabeth oddała władzę pani Liz, o której dziś już mało kto pamięta. Nie wybrzmiała jeszcze euforia po trzecim karnym pana Messiego i towarzyszy, a zakatarzony świat opłakuje króla, cesarza, ba! Imperatora Edsona Arantes do Nascimento; jego pseudonim Pele znany jest nawet tym, którzy nie wiedzą, że bramki są dwie, a piłka jest okrągła.

Poslední závod (pol. Ostatnie zawody), kadr z filmu opowiadającego o smutnej historii Bohumila Hanča, który 1913 r. zamarzł w Karkonoszach próbując udowodnić sobie i niemieckim rywalom, że mimo śnieżycy wygra narciarskie zawody...

By dopełnić tych oznak kresu pewnego etapu, w ostatni dniu 2022 r. w tak właściwej dla niego ciszy, w konsekwentnej decyzji o odejściu, o zniknięciu, o potrzebie własnego umniejszenia się zgasł papież-senior Benedykt XVI. Bez Santo subito!, bez oklasków, gdzie ewidentne w innych okolicznościach breaking news zostało na timeline zasłonięte przez informację, że mieszkańcy archipelagu Kiribati jako pierwsi na świecie powitali nowy rok, a termometry w Warszawie wskazały 18,7 stopnia. W radiowym eterze pierwszego dnia nowego roku wiadomości z Watykanu pojawiały się rzadziej niż zdawkowo. Porzućcie nadzieję, że płaczący tłum wypełnił monachijską katedrę aż po czarną tumbę cesarza Ludwika Bawarskiego i jego żony Anny, Piastówny z Głogowa. Że najstarszy wszak na świecie browar we Freising uczci to jakimś nowym, ciemnym rodzajem Weihenstephanera. "Moje serce bije po bawarsku" mówił uśmiechnięty, gdy już w białej sutannie wyruszył do swojego Ländle. Noworoczne edycje niemieckich i austriackich gazet mówią raczej o tym, jak świat żegna zmarłego papieża, niż same się z tym pożegnaniem i żałobą mierzą. A jakiś czas temu, nazajutrz po konklawe z 2005 r. gazeta Bild triumfalnie obwieściła "Wir sind Papst!" (Jesteśmy papieżem!). Jeśli uznamy, że popularne gazety prawdziwie są vox populi, to znamienne, że noworoczna edycja Tageszeitung donosi o tym, że między 1046 a 1048 nad Marktl am Inn, rodzinnym miasteczkiem Ratzingerów, widoczna była niezwykle barwna tęcza — podobnie jak we wrześniowej godzinie śmierci królowej Elżbiety nad pałacem Buckingham.

Zupełnie inna tęcza, jak marzenie, rozbłysła w sylwestrową noc pod Tatrami, ale to temat na zupełnie inną, choć też ocierającą się o dekadencję opowieść. A tymczasem "niech żyje Zenek, Zenek i swoboda!".
I nawet jeśli widoczny w herbie zmarłego biskupa Rzymu, a wcześniej Freising i Monachium, Murzyn z Fryzyngi miałby wskazywać na czarnoskórego papieża zapowiadanego ponoć jako jednego z ostatnich papieży, to widzę tam również Jakubową muszlę. Co przypomina, że wszyscy jesteśmy w drodze. I kres jednej wyprawy jest zarazem początkiem nowej podróży. Może nawet ciekawszej. I że kres, finis terrae, jest tylko pozorny, bo za wielką wodą zaczyna się (jakiś) nowy świat.
Jakkolwiek ta nowa droga oraz mający powstać z zastygłej po erupcji lawy grunt miałyby wyglądać, niech to będzie dobry, twórczy czas. Wykorzystajmy go dobrze i nie popełniajmy błędów przeszłości, albo — realistycznie — popełniajmy ich mniej.
Dużo dobrego wszystkim życzę. I obyśmy tak zdrowi byli!
A do życzeń dołączam piosenkę...

Emil Mendyk

© Góry Izerskie 2006-2022

http://www.goryizerskie.pl

kontakt redakcja facebook prywatność spis treści archiwum partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: safari Kenia montaż haków holowniczych wyposażenie magazynów sprzątanie Wrocław