ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki
 

• start  » Historia  » Laboranci w Górach Izerskich (cz.2)

Napisany: 2010-05-13

Laboranci w Górach Izerskich (cz.2)


Duch Gór (Rübezahl) wg Moritza von Schwind (Źródło: Wikipedia)

Do ogromnej popularności ziołowych leków przyczyniła się legenda otaczająca od wieków Góry Olbrzymie - siedzibę Ducha Gór. Laboranci podtrzymywali ten mit, obierając sobie za patrona karkonoskiego władcę, a jego malowanymi podobiznami ozdabiali zielarskie kramy. Przy sprzedaży medykamentów laboranci opowiadali liczne legendy związane ze srogim władcą Riesengebirge. Niejednokrotnie Duch Gór bywał określany jako Wurzelmann czyli "korzennik", jako najbardziej wtajemniczony w leczniczą skuteczność sudeckich ziół. W licznych legendach Duch Gór był srogim stróżem i opiekunem górskich roślin.

Według jednej z legend pewnego razu na Przełęcz Okraj wybrało się kilku wędrowców. Znużeni usiedli przy ścieżce, aby się posilić. Nagle podszedł Duch Gór, który ukazał się w ludzkiej postaci jako włóczęga, z prośbą, aby podzielili się z nim jadłem. Wszyscy, prócz jednego, odmówili strawy. Z zemsty karkonoski władca wrzucił do kociołka z jedzeniem garść tajemniczych ziół. W chwilę potem Duch Gór zniknął, a niegościnni wędrowcy, prócz tego, który okazał swoją życzliwość, nagle dostali gwałtownego, a obfitego rozwolnienia. Od tego zdarzenia ścieżka otrzymała nazwę "żółtej drogi" (obecnie szlak żółty). I dziś jeszcze, szczególnie w dni pochmurne i wilgotne, gdy wieje wiatr od wschodu, nad Karpaczem i okolicą unosi się lekki, acz dokuczliwy fetor.

Co zrozumiałe, dawni laboranci starali się odstraszyć postronnych, aby ukryć w ten sposób przed obcymi miejsca poszukiwań i tajniki produkcji karkonoskich medykamentów. Świadczą o tym liczne legendy. W drugiej połowie XVII w. M. J. Praetorius w zbiorze Znane i nieznane historie o karkonoskim Duchu Gór zamieścił wiele legend dotyczących zielarzy i postaci karkonoskiego władcy. W jednej z nich pisał:
Duch Gór nie pozwala ograbić swego ogrodu
Pewnego razu czterech Walończyków poszło do Krebsa
[laborant z Piechowic - przyp. P.W.], który mieszka pod górami i prosili go, żeby zechciał z nimi pójść w góry. Obiecali przy tym postępować według jego woli. Krebs zapytał ich, czego zamierzają szukać w górach. Odpowiedzieli, że chcą korzeni i szlachetnych kamieni, między innymi także prawdziwego korzenia mandragory. Krebs powiedział im i sumiennie ich ostrzegł, żeby szukali czego chcą, ale korzeń mandragory mają zostawić w spokoju, ponieważ Pan Gór, jeśliby miał ów korzeń, to zostawi go dla siebie. Nie da go nikomu innemu, prócz tego, komu zechce go dać. Odpowiedzieli, że to właśnie z powodu korzenia mandragory wybrali się w tak daleką podróż i zamierzają poważyć się na to na własne ryzyko i odpowiedzialność. Krebs ostrzegł ich jeszcze raz sumiennie, lecz nie chcieli go słuchać. Kiedy później jeden z nich wziął motykę i uderzył nią pierwszy raz w ziemię, wtedy upadł, stał się czarny jak węgiel i natychmiast skonał. Trzej pozostali tak się przestraszyli, że uwierzyli Krebsowi, który ich przecież ostrzegał. Wtedy poszli z nim szukać innych kamieni szlachetnych, a swego dobrego kompana pochowali.

Mandragora lekarska Mandragora officinarum L. - ilustracja metody wyrywania mandragory (Źródło: Wikipedia)

Magiczny korzeń mandragory był szczególnie poszukiwany przez zielarzy w średniowieczu i w czasach nowożytnych. Dziś ta czarodziejska roślina znana jest jeszcze botanikom, powszechnie jednak została zapomniana. Korzeń mandragory przypominał kształtem ludzką postać, dzięki czemu traktowany jako antidotum i stosowany był przeciw wszystkim chorobom. Wykopanie korzenia mandragory wymagało zachowania specjalnych reguł, gdyż podczas wydobycia korzeń miał jęczeć i okropnie krzyczeć tak okropnie, że ten, który go wykopywał, wkrótce umierał. Dlatego, aby wydobyć korzeń, trzeba było w piątek przed wschodem słońca zatkać mocno uszy, wyjść z czarnym psem, uczynić trzy razy znak krzyża nad mandragorą i okopać dookoła ziemię. Potem należało przywiązać psa za ogon do korzenia, pokazać mu kawałek chleba i szybko uciec. Pies miał pobiec za człowiekiem, wyciągnąć korzeń, zaraz jednak padał martwy. Dla odpędzenia złych duchów dęto też w rogi, aż do wyrwania mandragory. Korzeń po wyrwaniu z ziemi nie był już niebezpieczny, ponieważ został przerwany jego związek z ciemnymi mocami zła. Wtedy należało podnieść korzeń, obmyć czerwonym winem, zawinąć w białe szatki, włożyć do pudełka, a następnie kąpać w każdy piątek i o każdej pełni dawać mu nową białą szatkę.

Korzeń mandragory był przedmiotem kultu jako talizman przynoszący szczęście. Wędrowni zielarze ubierali go w kolorowe skrawki materiałów i sprzedawali jako coś niezwykle cennego. Wierzono, że posiadacz korzenia mandragory zachowa młodość, urodę, szczęście i miłość, a nawet odkryje skarby. Trudno więc się dziwić, że karkonoski Duch Gór nie chciał się dzielić tajemniczym korzeniem mandragory z przygodnymi wędrowcami.

Ze środowisk laborantów, a także poszukiwaczy minerałów i kamieni szlachetnych oraz hutników szkła rozeszła się po Europie opowieść o groźnym karkonoskim Duchu Gór, który czyha na niepowołanych śmiałków nawiedzających jego królestwo. Wydaje się, że legenda ta, zwielokrotniona przez ustne i pisemne przekazy, dobrze zabezpieczała tajemnice ludzi, którzy obficie czerpali z naturalnych bogactw gór.

Po ciężkich dla Dolnego Śląska latach wojny trzydziestoletniej ponowny wzrost popularności laborantów datuje się od drugiej połowy XVII w.
Zachodniosudeccy laboranci roznosili medykamenty po Śląsku i krajach sąsiednich. Z 1690 r. zachował się opis karkonoskiego laboranta autorstwa Benjamina Schmolcka (1672-1737), świdnickiego kompozytora pieśni kościelnych:
[...] w tej wsi [Karpaczu - przyp. P.W.] swój dom miał znany leśnik lub laborant, zwany jako Großmann. Spytaliśmy więc jak można go odnaleźć i po jakiejś pół godzinie byliśmy u niego. Jeszcze gdy byłem dzieckiem, znałem jego ojca. Krążył on ze swoim żmijowym i ziołowym kramem od targu do targu. Był postacią niezwykłą; wielkiej postawy, ubrany cały na zielono, miał na głowie niesamowity wieniec z różnych ziół i równie niesamowitą brodę. Wokół szyi wisiały mu żywe żmije, które wkładał sobie do ust lub dawał się on im kąsać po rękach aż płynęła z nich krew. Na plecach nosił motykę do kopania korzeni i pokrzykiwał gromko od czasu do czasu: "Hej, wezmę moją haczkę na ramię !" Pokazywał też różne inne kuglarstwa, a gdy zebrało się więcej osób pokazywał im, aby uwierzyć mogli, moc żmijowego sadła, którą leczył ukąszenia. Powoływał się na takie wyjątkowe korzenie, które posiada, a które prowadzą do uzdrowienia nawet wtedy, jeśli ktoś oślepł na wskutek uroku rzuconego przez czarownicę.

Tagi: · lekarstwa · laboranci · lekarstwa

Linki: · Laboranci w Górach Izerskich (cz.1) · Laboranci w Górach Izerskich (cz.3) · Walończycy - poszukiwacze skarbów Gór Izerskich

© Góry Izerskie 2006-2020

http://www.goryizerskie.pl

kontakt redakcja facebook prywatność spis treści archiwum partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: plomby gwarancyjne montaż haków holowniczych regały magazynowe sprzątanie Wrocław