ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Kulturalno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki
 

• start  » Z góry  » Jazz i stare baby

Napisany: 2025-08-11

Jazz i stare baby

Joanny Krajewskiej obserwacje muzyczno-socjologiczne z klasztornego koncertu

Jazzowa podróż w kosmos z pasażerami na gapę podkradającymi poduszki (ilus. J. Krajewska)

Wczoraj wybraliśmy się z mężem do naszych czeskich sąsiadów, do Hejnic – na imprezę o wdzięcznej nazwie Hejnic dla Hejnic. Otto Hejnic (!) to wszechstronny czeski perkusista i kompozytor, który należy do grona najbardziej rozchwytywanych europejskich muzyków jazzowych. Po studiach w konserwatorium w Pradze doświadczenie zdobywał m. in. w USA, gdzie nagrał swój pierwszy album jazzowy Live from New Orleans. Jest liderem znakomitego Otto Hejnic Trio oraz licznych projektów międzynarodowych.

Hejnic co roku przyjeżdża na tę górską – korespondującą nazwą z jego nazwiskiem – prowincję, zabierając ze sobą światowej sławy muzyków jazzowych, aby w ogrodzie miejscowej bazyliki dać koncert godny największych scen. Szczerze polecam tę imprezę każdemu miłośnikowi gatunku – muzyka jest wybitna, opłata za wstęp dobrowolna, organizacja sprawna, gastronomia lokalna. Kto miał już okazję jadać w restauracji hejnickiego klasztoru, z pewnością nie zawiedzie się ofertą piknikowego stoiska tejże – rozstawionym nieopodal widowni. O napitkach – głównie wyskokowych – nie wypowiem się, gdyż jestem ich przeciwniczką, niezależnie od jakości, ilości ani okoliczności, w jakich są spożywane.

Gwiazdą zeszłorocznego koncertu był Chuck Wansley – wokalista, perkusista i showman z krwi i kości, który po latach scenicznej tułaczki – od Carnegie Hall po taneczne kluby Nowego Jorku – współtworzył legendarną grupę Warp-9, by w końcu odnaleźć swoje miejsce w Europie, gdzie dziś śpiewa jazz, swing i funk. W Pradze prowadzi kwartet jazzowy.

W 2024 roku w Hejnicach Chuck, Otto i reszta składu dali tak dobry koncert, że pomimo systematycznie paraliżującego nogę bólu kręgosłupa – jak się okazało dwa dni później w szpitalu, wywołanego pękniętym dyskiem, który trzeba było natychmiast operować – wysłuchałam ich występu do końca. Największe wrażenie zrobił na mnie scat. Wansley bawił się swoimi imponującymi możliwościami wokalnymi, naśladując wszystkie instrumenty obecne na scenie, rzucając wyzwania swoim towarzyszom, którzy nie pozostawali mu dłużni. Wreszcie porwał do jazzowania również widownię – pamiętam to doskonale – i ogród klasztorny wypełnił się mniej lub bardziej udanymi próbami zmuszenia własnych strun głosowych do stawania się strunami gitarowymi, a ust – do formowania ustników wyimaginowanych dęciaków: od trąbek po saksofony – z całą gamą ślinotoków, świstów i jaz(z)gotów, które koniec końców brzmiały jak szalona, ale pełna radości muzyka.

Zastanawialiśmy się z Maćkiem, czy tegoroczny koncert w ogóle ma szansę dorównać temu, co zaprezentowano rok wcześniej? Nie zawiedliśmy się. W pełni instrumentalny występ – przeznaczony raczej dla uszu koneserów niż szerokiej publiczności – co chwilę wywoływał okrzyki zachwytu i salwy oklasków. Klawiszowiec, Alan Bartuš, odlatywał nad instrumentem ze cztery razy, zabierając nas na orbitę i z powrotem – kilka osób, łącznie ze mną, aż kurczowo chwytało się krzeseł w obawie przed zaburzeniami grawitacji, jakie mogły wywołać jego obłędne solówki. Conway Campbell Jr. pomykał palcami po gryfie kontrabasu tak szybko i intensywnie, że aż kręciło się w głowie... No, i wreszcie Otto Hejnic – na perkusji – wyczyniał takie cuda, że moje uderzające o kolana dłonie i podrygujące nogi, samowolnie rezonujące z jego grą, z pewnością nabawiły się mikrourazów. Kosmici – nie muzycy! Tego nie da się opisać długimi zdaniami, ale można jednym słowem – po prostu: JAZZ!

Odbiór, jak zwykle, zakłócała mi tocząca się wokół obyczajówka. Taka, a nie inna struktura psychiczna – mimo ogromnych wysiłków wkładanych w próby jej choćby drobnej korekcji – wciąż zbiera z otoczenia tyle bodźców i informacji, że styki się przegrzewają i się wypalam. Za szybko. (To się źle dla mnie skończy. To się naprawdę źle dla mnie skończy.) Niemniej – skoro już płacę tak wysoką cenę za nadmiernie czujne usposobienie, jakim obdarzyła mnie natura (jak twierdzą jedni) lub ukształtowało we mnie otoczenie (jak sugerują inni) – to może chociaż warto zrobić z tego użytek. Pisać. Pisać. Pisać. Pisać. Pisać. Wyjmować to – jeśli można, to delikatnie. A jeśli nie sposób – wyszarpywać. Wypluwać. Wyrzygiwać.

Co z tą obyczajówką?

Ano po przybyciu na miejsce – około pół godziny przed koncertem – zorientowałam się, że Czesi rezerwują sobie miejsca, zostawiając na krzesłach nakrycia wierzchnie, po czym udają się do punktu gastronomicznego w celach, w jakich zwykle udaje się do punktów gastronomicznych. Około połowa miejsc była zajęta w ten sposób. Ponieważ byliśmy głodni, zaproponowałam, żebyśmy wykonali ten sam manewr. Maciek nie był przekonany.

"Co? Boisz się, że wrócimy, kurtki będą leżały w błocie albo wisiały na płocie, a na naszych miejscach będą siedziały dwie stare baby?" Rozłożył ręce, dając mi do zrozumienia, że dokładnie tego się obawia.

W tym miejscu, drodzy – może już po części oburzeni – Czytelnicy, należą się Wam wyjaśnienia, czym (!) jest stara baba. Bo stara baba to nie człowiek jako taki, lecz zestaw zachowań, które zwykliśmy z mężem tak właśnie określać. Z naszych wieloletnich obserwacji wynika bowiem, że zachowania te są statystycznie (a statystyka to nie stereotyp – statystyka to liczby) udziałem pań w okolicach sześćdziesiątki.

I teraz uwaga – spokojnie: nie każda sześćdziesięciolatka jest starą babą. Ponadto starą babą może okazać się nie tylko kobieta o wiele młodsza, ale także... mężczyzna! Na przykład stare baby wśród kuracjuszy płci męskiej trafiają się regularnie. Co więcej – można być starą babą konsekwentnie, a można też bywać nią okazjonalnie. Ja sama raz okazałam się starą babą – co wyrzucam sobie do dziś, mimo że przeprosiłam.

Jakie są więc zachowania starej baby? Prymitywne, egoistyczne, roszczeniowe, uparte, bezkompromisowe, a czasem wręcz agresywne. Stara baba ukradnie sadzonkę z miejskiej rabatki, skomentuje złośliwie nieskromny strój nastolatki, w kolejce do lekarza zacznie opowiadać o czyjejś śmierci (w szczegółach!), bez oporów zapyta obcego człowieka, dlaczego wygląda tak, a nie inaczej – i uzna to za przejaw troski. Stara baba rzadko kiedy jest zadowolona. Bywa fałszywie uprzejma. Jej problemy mają najwięcej tragizmu, jej poglądy – najwięcej słuszności, a jej postępowanie – najwięcej zasadności.
Każda stara baba przeszła w życiu tę jedną, bardzo poważną operację, która uczyniła z niej kalekę – otóż w pewnym momencie amputowano jej empatię. A może urodziła się inwalidką? Trudno powiedzieć. Zapewne bywa z tym różnie. Niemniej stara baba funkcjonuje tak z niekompletnym człowieczeństwem. I przez ten brak robi to, co robi. I robi to tak, jak robi.
Ile starych bab znacie? Mam nadzieję, że los Wam ich oszczędza. Mnie i Maćkowi, niestety, niekoniecznie. Stąd jego opór przed tym, żeby kurtki zostawić na krzesłach – na pastwę starych bab.
"Daj spokój, jesteśmy w Czechach. Tego tutaj nie ma. Gdyby było, to by połowa ludzi nie zarezerwowała miejsc w taki właśnie sposób, no zobacz", powiedziałam z przekonaniem.
Kiedy wróciliśmy po posiłku, kurtki leżały na swoim miejscu. Jednym triumfującym spojrzeniem przekazałam mężowi komunikat: A nie mówiłam?. Nie zaprzątając sobie dalej tym głowy, pozwoliliśmy porwać się programowi artystycznemu przygotowanemu przez suport Hejnica.

Wystąpił Jiří Suchý – legenda czeskiej sceny kulturalnej, poeta, kompozytor, autor tekstów i twórca kultowego teatru SEMAFOR w Pradze. Wraz z zespołem (wielkie oklaski dla saksofonisty za wszystkie popisy) dał w Hejnicach ponadgodzinny koncert. Skąd to podkreślenie czasu trwania? Wszak to żadne zaskoczenie, że tyle trwa występ sceniczny. Zgadza się. Nic szokującego – dopóki nie zaznaczy się faktu, że Suchý to żwawy staruszek w wieku… 94 lat!
Przedstawiciel rocznika ’31 opowiadał dowcipy, śpiewał (z pamięci!) i wchodził w naturalny kontakt z widownią, stojąc pewnie przy mikrofonie i nawet podrygując niekiedy. Momentami naprawdę solidnie wydobywał dźwięki – długo i czysto, jakby czas, odstąpiwszy go, zszedł ze sceny i słuchał z resztą publiczności.

W przerwie między występami ponownie udaliśmy się do strefy gastronomicznej. Odnotowałam z niepokojem, że wprost proporcjonalnie do ilości wypitego powszechnie alkoholu zwiększała się nie tylko głośność rozmów. Zaczęłam to dostrzegać – mimo bariery językowej. Z gestów, mimiki i tonu głosów zaczęły sączyć się – jeszcze subtelnie – trujące opary: zaczepność i drażliwość. Mieszanka wybuchowa. Skrajnie nieodpowiedzialne jest przechowywanie zaczepności w pobliżu drażliwości, a mieszanie ich to już czysta głupota. Wystarczy iskra.
Zaczęłam niepokoić się o kurtki – i o to, że tym razem to Maciek zatriumfuje spojrzeniem: „A nie mówiłem?”. Na szczęście, gdy wróciliśmy, nasza odzież leżała tam, gdzie ją zostawiliśmy. Odetchnęłam z ulgą.
Do koncertu Hejnicia zostało jeszcze kilka minut, więc nie wszyscy zdążyli wrócić na swoje miejsca. Na dwóch siedzeniach bezpośrednio przed nami leżały poduszki – jedna z nich ortopedyczna. Dwa miejsca obok były wolne.

"Tutaj chodźta, Wandzia, patrz, tu", rozbrzmiał nieopodal skrzekliwy głos, zwiastujący kłopoty.
Zesztywnieliśmy oboje i powoli, bardzo powoli – jakbyśmy obawiali się zobaczyć tam ludzi mierzących w nas bronią – odwróciliśmy głowy w tamtą stronę.
Dwie stare baby. Koło sześćdziesiątki. Niskie, grube, z trwałą na głowie i opuchniętymi nogami. Brwi i usta ściągnięte, policzki napięte, spojrzenia szybkie, bystre, saperskie. Klasyka. Predatorki. Gatunek rodzimy. Prosto z Polski.

Tego nie przewidziałam. Że skoro my mogliśmy tu przyjechać, to mogły też przyjechać stare baby. Mogły przyjechać zobaczyć bazylikę. A że się koncert trafił – tym gorzej dla koncertu.
Poczułam, jak gęsia skórka wstępuje mi na kark. Maciek, siedzący od brzegu, miał je jakieś dwa metry od siebie. Biedak rozstawił szeroko nogi i wyprostował się jak strzała, jakby się bał, że samym siedzeniem na krześle w niewystarczający sposób zaznacza swoją przynależność do tegoż krzesła. Jakby czuł, że zaraz wskażą na niego i zapytają mnie: "Tu wolne?"
Ja tymczasem już słyszałam w swojej wyobraźni opresyjne, próbujące wzbudzić poczucie winy: "Pani, ja jestem starsza, ja nie wystoję, ja mam chorą nogę, jaka ta młodzież dziś niewychowana, jakie ludzie podłe, jaki brak kultury!"
Otrząsnęłam się jednak dość szybko, bo przypomniałam sobie o dwóch wolnych miejscach w rzędzie przed nami. One też je zauważyły. "Tu je wolne, patrz, tu nie siedzi nikt", odezwał się ponownie ten głos, jakby ktoś rył paznokciami po tablicy.
Podeszły, ale – ku naszemu zdziwieniu – zamiast zająć wolne miejsca, zaczęły zdejmować poduszki z miejsc zajętych. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że starym babom towarzyszyło dwóch panów – pogodnych, choć już wyraźnie podpitych i zdominowanych przez swoje małżonki. Miejsc zatem ta zgraja potrzebowała łącznie cztery.
Drodzy Czytelnicy! Ileż odwagi wymaga interwencja w takiej sytuacji? Odpowiem: dużo. To wymaga wręcz heroizmu. Stanąć oko w oko ze starą babą i powiedzieć jej:
"O nie, szanowna pani, tak to nie będzie!"
Zaczęłam powoli zbierać się w sobie, by to zrobić, ale mój mąż mnie wyprzedził – wszak w grę wchodził nasz wizerunek jako narodu w ogóle.

"Proszę państwa, tu jest... chyba...", zawahał się, ale tylko na chwilę. Dokończył głosem nieznoszącym sprzeciwu – głosem, który uruchamia się w nim rzadko, ale gdy już się pojawi, ludzie nie dyskutują. Ma on wszak w sobie taką estymę, że nawet ja chowam się do kąta, gdy odezwie się do mnie w ten właśnie sposób.
"Tu jest taka zasada, że na zajętym przez siebie miejscu coś się pozostawia, żeby nie było żadnych wątpliwości co do tego, czy jest zajęte, czy też nie. Trwa obecnie przerwa między koncertami. Te osoby z pewnością niebawem tu wrócą i te miejsca ponownie zajmą."
Spojrzały na niego i zamrugały oczami jednocześnie – obie – jakby były ze sobą sprzężone. Ale nie zaczęły wykrzykiwać: A co mnie to obchodzi, nikt nie siedzi, to ja siadam, a co mnie to obchodzi!!! Najwyraźniej albo je źle oceniłam i nie był to gatunek jadowity, albo po prostu obce, zagraniczne środowisko odbierało im pewność siebie. No, i jeszcze ten głos Maćka. I zaskoczenie, że mówi do nich po polsku. Ich zdziwienie ośmieliło mnie.
"Jeśli na krześle coś leży, to znaczy, że jest zajęte", przetłumaczyłam z maćkowego na starobabskie.
Mężowie, którzy przyglądali się sytuacji z bezpiecznej odległości, natychmiast odmaszerowali na stojącą nieopodal mokrą ławkę i usiedli na niej, nie zważając na warunki atmosferyczne. Tu warto zaznaczyć, że było deszczowo, a tylko krzesła stały pod zadaszeniem.
One tymczasem usiadły na wolnych miejscach i jeszcze kilka razy gestem przywoływały mężów, ale tamci nie chcieli brać na siebie ciężaru zdjęcia poduszek, położenia ich na ziemi, zajęcia zajętych miejsc – i unoszącego się w powietrzu widma konfliktu.

Tymczasem pojawiła się kolejna postać. Wyglądała na starą babę, ale usiadła na krześle z poduszką bez najmniejszego zawahania. Spojrzeliśmy po sobie.
"Pamiętasz, kto tu wcześniej siedział? – zapytałam Maćka szeptem."
"Nie zwróciłem uwagi. Może ona."
Otto Hejnic właśnie wkraczał na scenę i witał publiczność, gdy pojawili się prawowici właściciele poduszek. Małżeństwo, około pięćdziesiątki. Ona – szczupła blondynka o długich, prostych włosach i smutnych oczach. O kulach. Poruszała się z wielkim trudem, ale lekko się uśmiechała. On – równie szczupły, siwowłosy, pełen troskliwych gestów, spokojny, pochłonięty opieką nad żoną.
Stanęli nad – jak się okazało – starą babą, wyraźnie zakłopotani. On – widać, że musiał stoczyć wewnętrzną walkę, podobną do naszej sprzed kilku minut – ale w końcu odezwał się łagodnie:
"Omlouvám se, paní, že ruším... Toto místo je již obsazené. Nechal jsem na něm svůj polštář."
"Mówi jej, że to jego miejsce i jego poduszka", szepnął mi do ucha Maciek.
Udawaliśmy, że słuchamy zapowiedzi Hejnica, żeby nie peszyć jeszcze bardziej tego uprzejmego człowieka. Wystarczyło, że dwie stare baby obok przyglądały się sytuacji bez cienia zażenowania – jakby oglądały telewizję, a nie prawdziwych ludzi.
Siedzieliśmy cicho, ale byliśmy gotowi interweniować, gdyby stara baba, nie zrozumiawszy go, zaczęła się z nim wykłócać. Liczyliśmy jednak, że tylko sobie pomarudzi pod nosem i pójdzie.
I wtedy stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy…
"Nikdo tam neseděl, tak co, sedla jsem si! A to vedle patří taky vám, nebo co?!", odpowiedziała zadziornie.
Spojrzeliśmy na siebie zdruzgotani... Ja co prawda nie zrozumiałam z jej wypowiedzi nic, poza jednym – że jest Czeszką. A to wystarczyło, by uświadomić mi rzecz niepokojącą: instytucja starej baby, którą tak chętnie przypisałam do wyłącznego dorobku naszych rodaków, jest jednak formacją międzynarodową.
"Vedle sedí moje manželka...", ciągnął mężczyzna zbolałym głosem, wyraźnie zawstydzony zaistniałą sytuacją, chociaż przecież to nie on miał się czego wstydzić.
Tymczasem stara baba zmierzyła jego żonę oceniającym spojrzeniem. Wzrok zatrzymał się na kulach. Rozejrzała się, przekalkulowała to sobie w głowie i oceniła, że tu i teraz – nie warto. Wstała i poszła. Bez słowa.

Po koncercie Czech od poduszek zwrócił się do Maćka, przepraszając nas, że jego żona siedziała na delikatnym podwyższeniu ze względu na ortopedyczną podkładkę i być może zasłaniała nam scenę. Maciek zapewnił go, że to nic takiego, że wszystko gra, a ja ochoczo pokiwałam głową i uniosłam kciuk w górę, dając do zrozumienia, że uważam podobnie.
My mielibyśmy mieć do nich jakiekolwiek pretensje? My, którzy przez pół roku po ostatnim Hejnic dla Hejnic i mojej operacji kręgosłupa prowadziliśmy żywot tak bardzo im podobny?
Wracając do domu, długo rozmawialiśmy o koncercie i sytuacjach, które mu towarzyszyły. Przyznam się Wam, drodzy Czytelnicy, że było mi naprawdę głupio... Uległam pokusie uproszczenia, generalizacji, stereotypizacji – tylko dlatego, że miałam niekompletne dane. Była to jednak bardzo cenna lekcja.
O tym, że wybitnych jazzmanów wydają na świat nie tylko Stany – wiedziałam doskonale.
Dziś już wiem też, że stare baby nie pochodzą wyłącznie z Polski.

Joanna Krajewska

Tagi: · koncert · Jizerské hory

Linki: · Hejnice (Haindorf)

© Góry Izerskie 2006-2025

http://www.goryizerskie.pl