ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki

Atrakcje Wieże widokowe    Wędrówki Rower Narty Na wózku Bezpiecznie Bliżej gór Las Historia Legendy


 

• start  » Relacje  » Szwajcarskie skały serowe

 
 

Napisany: 2015-10-07

Szwajcarskie skały serowe

Autokarowo-piesza wycieczka do krainy księcia Rudolfa

Czeska Szwajcaria: skały, strome góry, fantastyczne kształty wyrzeźbione w piaskowcu i kręte ścieżki (fot. K. Tęcza)

To miał być wyjazd autobusowy. Połączony z odcinkiem pieszym. Nietypowo. Dlatego w zaproszeniu na wycieczkę 29 września 2015 r., Oddział PTTK "Sudety Zachodnie" w Jeleniej Górze, podał także odległości i różnice wysokości do pokonania własnymi nogami. Te istotne informacje nie wszyscy zrozumieli. Okazało się to już przy pierwszym podejściu, kiedy niektórzy uczestnicy, zaskoczeni wymagającym szlakiem, musieli zawrócić. Na szczęście było ich niewielu.

Dla większości turystów samo hasło Czeska Szwajcaria zadziałało elektryzująco. Nawet bez poznania szczegółów, zapisali się na wycieczkę - w ciemno. Nie powinno to nikogo dziwić. Region Zachodnich Sudetów jest bowiem tak interesujący, że aby go dobrze poznać nie wystarczy jednodniowy pobyt. Szwajcaria – Czeska i Saska - uformowany z piaskowca, a więc niezbyt trwałego materiału, na przestrzeni dziejów przeobrażana przez warunki atmosferyczne, dziś maluje się bajkowymi formami. Wielkie bloki skalne podziurawione jak ser (oczywiście szwajcarski!), liczne głębokie wąwozy, niesamowite bramy skalne oraz porastający wszystko las - tworzą niepowtarzalne krajobrazy. Zobaczywszy to wszystko, niemal każdy chciał zostać znacznie dłużej. Chętnych na wycieczkę było tak wielu, że na drugi dzień odbył się kolejny wyjazd w tą samą trasą.

Szczeliny, schody, kominy... Urokliwe, acz trudne i niebezpieczne góry (fot. K. Tęcza)

Wielu turystów fotografować zaczęło już przez okna autobusu. Co chwilę było słychać "achy" i "ochy". A najciekawsze wciąż było przed nami. W Jetřichovicach wyruszyliśmy już na piechotę. Po kolei otwierały się przed nami coraz bardziej niezwykłe formy. Dla nas – w większości mieszkańców podnóży Karkonoszy - obszar nieprzekraczający 500 metrów wysokości nadmorskiej, nie robił wielkiego wrażenia. Początkowo droga wiodła w kierunku lasu i nic nie zdradzało czekających nas trudów. Nawet widoczne nad drzewami pojedyncze skały nie zapowiadały, że dojście do nich okupimy potem i zmęczeniem. Skały wyglądające jak rozpostarte skrzydła kryły coś niezwykłego.
Wkrótce przekonaliśmy się, że nie należy tych niskich gór lekceważyć. Podejścia wąwozami, schodami wykutymi w skałach czy uformowanymi z piasku ujętego drewnianymi balami - nieźle dały nam się we znaki. Nawet wprawieni w górskich wędrówkach odczuli to w nogach.

Uczepiona szczytu skały chatka oferuje wspaniałe widoki (fot. K. Tęcza)

Napis na kamieniu informował, że weszliśmy na teren Narodowego Parku Czeskiej Szwajcarii (Národní park České Švýcarsko). Schody wykute w piaskowcu, wytarte przez tysiące stóp, nie dawały pewnego oparcia. Mijając ujęcie wody zauważyliśmy dziwne, namalowane czerwoną farbą, znaki w kształcie kielicha. Kierowały nieco w bok od naszej trasy. Mimo to, nie mogliśmy zagadki pozostawić bez rozwiązania. Przecież nie mogło chodzić o winiarnię. Okazało się, że na końcu ścieżki znajduje się niewielka jaskinia i jakby ołtarzyk. [Czerwony kielich, symbolizujący w kościołach chrześcijańskich komunię pod dwoma postaciami, a więc z chleba i wina, był godłem kalikstynów, szerzej znanych w Polsce jako husyci – na cześć czeskiego biskupa, którego męczeńska śmierć zapoczątkowała ruch reformatorski w czeskim kościele katolickim; na terenie Płn. Czech wiele miejsc związanych jest z działalnością husytów, którzy przez kilka dekad toczyli boje z katolikami – przyp. red.]. Za to szlak turystyczny koloru czerwonego, który prowadzi do pierwszego zaplanowanego miejsca odpoczynku, jest świeżo wymalowany, co nastroiło nas pozytywnie.

Drewniany taras na skale ozdabia portret księżnej (fot. K. Tęcza)

Dotarliśmy na pierwszy wierzchołek. Widok nas oczarował. Nie pomniejszyło tego nawet ostatnie dwieście metrów podejścia - tak stromego, że wspomniane schody niewiele pomagały. Sytuację ratowały barierki. W dodatku ruch w obie strony był niezwykle duży. Czesi, znani z lekkiego stosunku do wycieczek, w góry zabierają nie tylko dzieci (wbrew logice nawet niemowlaki), ale także czworonogi. Na szczęście psiaki były tak zmęczone podejściem, że nie zawracały sobie głowy turystami.
Wspinając się na wierzchołek góry, ponownie wpadliśmy w zdumienie: w zagłębieniu skalnym rosną soczyste zielone liście. Skąd roślinka czerpie wodę to wiadomo, ale jak sobie radzi z pożywieniem? Tej zagadki nie rozwiązaliśmy.

Wola życia - naturalny wazon, a w nim zielone liście (fot. K. Tęcza)

Na kolejnym tarasie - widoki na stożki Czeskiej i Saskiej Szwajcarii (fot. K. Tęcza)

Wystającej wysoko ponad okolicę skale o nazwie Mariina skála, miano nadał książę Ferdinand Kinský, w dowód miłości do swej żony. W 1856 r. polecił zbudować tu drewniany, zadaszony taras, służący rozwijającemu się ruchowi turystycznemu. W tamtych czasach dla ułatwienia wejścia na górę wykuto 240 schodów. Niestety do dziś zachowało się ich o kilkadziesiąt mniej. A jednak turyści sobie radzą - w tym urokliwym miejscu widoki podziwiają coraz większe tłumy wędrowców. Po pożarze z roku 2005, wzniesiono na skale nową, małą altankę z tarasem wystającym poza skałę. Roztaczają się z niego wspaniałe widoki, ale przejść dookoła tarasu nie każdy może bez strachu. Warto zaryzykować. To interesujące uczucie, kiedy jest się zawieszonym nad przepaścią. A jak tu jest, gdy ciemne chmury zejdą niżej i nadciągnie burza? Na szczęście nie przekonałem się o tym, a tłok na tarasie zmusił do jego opuszczenia. Jeszcze tylko spojrzenie na zawieszony portret księżnej i ruszyliśmy mijając tych, którzy dopiero dotarli.

Portret księcia Rudolfa zdobił kolejny drewniany schron na szczycie skały. Przeciąg nie pozwalał spokojnie zjeść (fot. K. Tęcza)

W sudeckich lasach podobno pokazały się grzyby (fot. K.Tęcza)

Trasa prowadziła nas ku kolejnemu punktowi widokowemu. Niestety nie ma na nim tak komfortowych warunków - tylko barierki ochronne. Vilemínina stena (Ściana Wilhelminy) znowu zawdzięcza urządzenie księciu Kinský. Chcąc uczynić z niej turystyczną atrakcję, kazał uprzystępnić skałę i nazwał ją imieniem swej matki. Dziś wykorzystujemy to piękne miejsce do odpoczynku i zrobienia ciekawych zdjęć.

Idąc na trzeci szczyt mieliśmy okazję przekonać się ile trzeba było włożyć pracy w to, by wszystkie atrakcyjne okolicy zostały udostępnione bezpiecznymi ścieżkami. Co chwilę przechodziliśmy pod wykutymi skalnymi okapami, mając po jednej stronie skalną ścianę a po drugiej przepaść. Tam, gdzie nie można było inaczej, pozakładano barierki i klamry. Bez nich trudno byłoby pokonać niebezpieczne miejsca.

Domek wrośnięty w skałę (fot. K. Tęcza)

Wreszcie dotarliśmy pod ostatnią górę, nazwaną - a jakże! - na cześć samego księcia - Rudolfův kámen. Może nie było to zbyt oryginalne, ale któż zabroni księciu? Zwłaszcza, że kazał stworzyć to miejsce. Tak, stworzyć, bowiem do czasu ludzkiej ingerencji, była to zwykła, niczym się nie wyróżniająca, skała. Dopiero, po założeniu barierek i drabin, prowadzących raz szczelinami, raz po stromych ścianach, skała stała się dostępna dla każdego. No może nie dla wszystkich, a tylko tych, którzy mają w sobie dość odwagi by się tu wdrapać. Trzeba mieć spore samozaparcie, by nie zawrócić z drogi. Nic dziwnego, że kilkoro z nas nie wytrzymało emocji podczas wspinaczki i nie dotarło na samą górę. Świadczy to tylko o ich mądrości. Ci zaś, którzy dotarli na wierzchołek skały, nie tylko mogli nacieszyć oczy pięknymi widokami, ale też odpocząć w kolejnej drewnianej chatce. Niedogodnością był bardzo silny wiatr. Przeciągi przepędziły łakomczuchów próbujących zjeść zabrany ze sobą prowiant.

Ozdobą schronu, poza ładnymi widokami, jest portret księcia. Ciekawostką były okiennice zamykane od środka, a drzwi wejściowe od zewnątrz. Mądrze urządzone. Umożliwia to schronienie w złą pogodę, a zarazem udostępnienie wnętrza każdemu potrzebującemu.

Urokliwa restauracja między piaskowcami opodal SKALNEJ BRAMY (fot. K. Tęcza)

Jak wspomniałem wejście było niezwykle trudne i niebezpieczne. A zejście? To dopiero wyzwanie! Większość trasy trzeba było pokonywać ślizgiem na czterech literach. Czasami nawet mieliśmy ochotę zwyczajnie się czołgać do najbliższej barierki. Nie było wesoło. Dopiero po zejściu, już z leśnej drogi, ujrzeliśmy jak zawieszona jest owa chatka. Przekonaliśmy się, że mieliśmy pełne prawo do strachu. Ogarnęła nas radość z marszu płaską drogą. A dobre samopoczucie wzrosło, kiedy znaleźliśmy się pod górą, z której wyrastała skała z pierwszą altanką. Aż nie chciało się wierzyć, że tam byliśmy.

Wracając do autobusu spotykaliśmy coraz więcej osób szukających czegoś w zaroślach. Przyglądaliśmy im się dosyć długo, aż wreszcie nas olśniło. Przecież oni szukają grzybów! Właśnie się pokazały - może nie wszystkie jadalne, ale zawsze grzyby.

Ponownie znaleźliśmy się przy skale wyglądającej jak rozłożone skrzydła. Zbudowany u ich podnóża mały domek, w sporej części jako fundamenty i ściany wykorzystuje skałę. Z powodu małej ilości miejsca, przy budowie domu wgryziono się w piaskowiec. Zresztą już wcześniej widzieliśmy wiele wydrążonych w skałach pomieszczeń służących ludziom za piwnice.

Największa atrakcja turystyczna Czeskiej Szwajcarii: SKALNA BRAMA (fot. K. Tęcza)

Wreszcie chwila wytchnienia. Podjechał autobus i z małym pośpiechem zmierzamy ku jeszcze jednemu obiektowi. Po opuszczeniu autobusu, który odjechał na odległy parking, nie było już wyjścia - musieliśmy iść naprzód. Jak to w górach bywa, najpierw jest równo, a droga przyjemna. A po chwili... się zaczyna. Droga wznosi się coraz stromiej pod górę. Podłoże - coraz mniej stabilne. Ci, którzy nie wzięli górskich butów - żałowali. Były konieczne, co potwierdził tylko obrazek w napotkanej kapliczce. Przedstawiał tragedię jaka rozegrała się tu w 1872 roku. Jadąca na koniu kobieta spada do urwiska.

Pot zalewał nam oczy, aż nagle - niewielki kamienny mostek. Zaczęły się serpentyny podejścia do naszego ostatniego celu. Nad mostkiem kolejny, nieco większy most, a jeszcze wyżej następny i następny. Wspaniały widok! Wtem u góry pojawiły się kamienne mury, wzniesionego w roku 1881, letniego pałacyku o dumnej nazwie "Sokole Gniazdo". Obiekt robi wrażenie. Ileż trudu trzeba było włożyć w jego powstanie. Nawet dzisiaj, mimo zmiany przeznaczenia na restaurację, przy kilkuset turystach odwiedzających to miejsce dziennie, trzeba wiele wysiłku aby dostarczyć na górę konieczny prowiant. Pomocny w tym zadaniu jest linowy wyciąg towarowy.

Widok na SKALNĄ BRAMĘ (fot. K. Tęcza)

Wiedzeni zapachem jakiegoś napitku, wszak należało uzupełnić stracone płyny, przyspieszywszy kroku, szybko dotarliśmy do… płotu i kasy biletowej. Aby wejść do restauracji najpierw trzeba wykupić bilet. Oczywiście wstęp nie jest płatny do restauracji, ale na teren przy Prawczickiej Bramie (Pravčická brána). To przecież najbardziej znany obiekt Czeskiej Szwajcarii. Skalna brama ma ponad rozpiętość 26 metrów i 16 metrów wysokości. Początki zainteresowania turystycznego tym miejscem sięgają połowy XIX wieku, kiedy dla wygody odwiedzających zbudowano niewielki szynk. Spora część wędrowców korzystała wówczas z usług lektykarzy. Właściciel terenu, książę Edmund Clary-Aldringen, wybudował nowy obiekt i od tej pory zaczęto pobierać opłaty za wstęp. Później dla bezpieczeństwa wykonano barierki i tarasy widokowe oraz ułatwiające wędrówkę schody. Początkowo można było chodzić także po sklepieniu bramy. Z czasem, gdy ruch turystyczny przybrał dzisiejsze rozmiary, stało się to zbyt niebezpieczne.

Ponieważ dojście tutaj nie należy do lekkich, nasz grupa bardzo się rozciągnęła. Zanim przyszli ostatni, my już zdążyliśmy zjeść posiłek. Warto jednak po odpoczynku nie poprzestać na podziwianiu bramy z tarasu i pospacerować po przygotowanych ścieżkach. Dopiero przejście nimi ukazuje to miejsce w pełnej krasie. Warto też zajrzeć na pięterko budynku, gdzie zorganizowano galerię interesujących fotografii.

Wycieczka była na tyle interesująca, że chyba żaden z uczestników nie może narzekać na brak wrażeń.

Krzysztof Tęcza

 
 
 
 

Tagi: · relacja z wędrówki · trasy piesze · wędrówki

 
ExpresMenu
 

Zobacz więcej

 
 

© Góry Izerskie 2006-2017

http://www.goryizerskie.pl

newsletter kontakt redakcja prywatność archiwum spis treści facebook partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: plomby gwarancyjne montaż haków holowniczych regały magazynowe sprzątanie Wrocław