ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki

Atrakcje Wieże widokowe    Wędrówki Rower Narty Na wózku Bezpiecznie Bliżej gór Las Historia Legendy


 

• start  » Informacje  » Śladami profesora

 
 

Napisany: 2014-10-07

Śladami profesora

Skarby, Śląskie Sagi, nietoperze, izerska magia na Ścieżce Czarownic

Izerskie czarownice przed grobem Carla Hauptmanna wymiatają złe humory (fot. K. Tęcza)

W sobotę, czwartego dnia października 2014 roku oficjalnie przetarto nowy szlak turystyczny. Nadano mu nazwę "Ścieżka Czarownic". Pomysłodawcami trasy są członkowie Gildii Przewodników Sudeckich. Nie powinno więc być dla nikogo zaskoczeniem, że nową trasę zadedykowano pamięci Willa-Ericha Peuckerta, zwanego przez współczesnych "profesorem od czarownic". Jego imię jako patrona przybrała właśnie Gildia PS.

O czarownicach wiemy sporo, lecz mówi się o nich niewiele. Nic dziwnego, że nowa ścieżka nie jest wyznaczona w terenie. Choć znalazła się już na najnowszej mapie turystycznej. Aby jednak uchylić rąbka tajemnicy Gildia, w swej wspaniałomyślności, zwołała brać turystyczną do Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie. Stąd wyruszyliśmy w pierwszą oficjalną wędrówką nową ścieżką. Ponieważ trasa licząca 36 kilometrów jest wymagająca, niedoświadczonym turystom zalecono pozostanie. Zwłaszcza, że istniała obawa, iż biorące udział w spacerze czarownice skorzystają ze swoich magicznych mioteł i pomniejsza trud drogą lotniczą. Jakby to wpłynęło na morale pozostałych uczestników? Organizatorzy więc przezornie zarekwirowali wszystkie miotły. Lecz zanim czarownice zostały pozbawione swoich atrybutów, pokazały wszystkim na co je stać. Aż trudno było uwierzyć, gdy swobodnie szybowały w powietrzu. Jeszcze trudniej, gdy czarami zatrzymywały przejeżdżającym samochodom pracę silników lub gasiły światła. Kierowcy także nie umieli pojąć tego rozumem. Pewnie dlatego, gdy tylko czarownice uruchamiały silniki ich aut, uciekali w pośpiechu.

Will-Erich Peuckert - profesor od czarownic (arch. redakcji)

Czarownice zaskakiwały nie tylko psikusami. Częstowały przybyłych parzoną w samowarze herbatką, wzmacniającą siłę i wytrwałość. Wypatrywały także kto ukrywa, że jest czarownicą lub czarownikiem. Wszyscy zdradzający czarnoksięski fach zostali zaopatrzeni w stosowne kapelusze. Świadczyły o przynależności do czarownej gildii. Trzeba przyznać, że zebrała się nas całkiem spora gromadka. Dla pewności zostaliśmy posmarowani maścią na latanie. Ułatwia unoszenie nóg podczas długiej wędrówki.

Nadeszła umówiona pora. Prezes GPS, Jarosław Szczyżowski przedstawił pokrótce założenia wyprawy. Zaprezentował również sylwetkę patrona szlaku oraz wyjaśnił na czym polegać ma dodatkowa zabawa na trasie. Nawiązując do popularnego od kilkunastu lat geocachingu, na trasie ukryto skrzynki ze skarbami. Odnaleźć je można dzięki współrzędnym geograficznym, odczytywanym przez urządzenie geolokalizacji GPS.
Skoro przebieg szlaku owiany jest tajemnicą, zadbano by pozostałe elementy także nie były zbyt oczywiste. W ukrytych skrzynkach oprócz rzeczy zwyczajnych, umieszczono także fragmenty przełożonych na polski "Sag Śląskich", spisanych i wydanych drukiem przed II wojną światową. Autorem ich jest sam Will-Erich Peuckert. Sagi mają przybliżają dawny folklor śląsko-górnołużyckiego pogranicza oraz wprowadzają w sprawy tajemne i trudne do ogarnięcia dla ludzi z przeciętnym umysłem. Aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić zabawę - urywki "Sag Śląskich" zawierały ukryte słowa-klucze. Wydobyte z każdej skrzynki stworzyły zaszyfrowane rozwiązanie. Kto prześle na @dres Gildii Przewodników Sudeckich prawidłowo ułożone hasło do 25 października 2014 r., a będzie jedną z trzech pierwszych osób - otrzyma nagrodę. Dodatkową trudność stanowi fakt, że rozwiązanie musi być dostarczone o godzinie 3 w nocy.

Jarosław Szczyżowski z Gildii Przewodników Sudeckich - zafascynowany magią izerską przewodnik (fot. K. Tęcza)

Czas wreszcie wyruszyć. Dla jednych będzie to spacer po górach, w których można odnaleźć miłość, przeżyć przygodę, doznać przyjemności, bólu oraz dotknąć śmierci. Dla drugich zwykła droga pośród lasu - co prawda urocza, lecz tylko droga. Pierwsi znajdą w niej drogę do szczęścia, przyjaźni lub Boga - drudzy tylko ścieżkę do określonego celu. Dlatego ci pierwsi pójdą z radością i nadzieją, zaś drudzy policzą tylko przebyte kilometry.
Z rozmów zebranych wynikało, że większość należała do tej pierwszej grupy. Nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, a po drodze było wiele okazji by poznać to, co Góry Izerskie niosą z sobą najlepszego.

Przez pierwsze kilometry odprowadzały nas ciekawskie spojrzenia przechodniów. Nie spodziewali się licznej grupy czarownic i czarowników idących główną ulicą Szklarskiej Poręby. Zaskoczenie szybko zmieniało się w szczery uśmiech i miłe słowa powitania. Radości nie ukrywały dzieci. Niektóre z nich krzyczały: "O, krasnale!" Musieliśmy im delikatnie tłumaczyć subtelną różnicę między krasnalami a czarownicami.
Trasa wiodła Doliną Szczęścia. Przebieg zapowiadał przyjemności. Mieliśmy przekonać się o tym już niebawem. Gdy dotarliśmy do miejsca, w którym produkowano piękne kryształy, znane na całym świecie, rozpoczęliśmy poszukiwanie pierwszej skrzynki. Okazało się, że technika wcale nie jest niezawodna. Chodziliśmy po lesie za wskazaniami ekraników, a te wciąż nas zwodziły. Najważniejsze jak zwykle okazały się rozum i wyczucie.

Czarowna ekipa przez Muzeum u Hauptmannów (fot. K. Tęcza)

Prawdziwym przeżyciem podczas marszu był fakt, że zarówno droga, jak i usytuowane wzdłuż niej obiekty były miejscem naukowych badań W.-E. Peuckerta. Dodatkowym walorem była konfrontacja tego co widzimy dziś, z tym jak widział te same miejsca niemal wiek temu profesor od czarownic. Choćby Jagnięcy Potok - od przewodnika dowiedzieliśmy się, że można znaleźć w nim złoto; Kamień Waloński, iż został uszkodzony podczas budowy kolei i trafił do Muzeum Karkonoskiego; Walończycy, że byli pierwszymi odkrywcami skarbów jakie kryją Góry Izerskie; a ukryty przez Bieżuńczan złoty posążek przedstawia Flinsa.

Bogatą w atrakcje wędrówkę urozmaiciły dwa spotkania. Pierwsze z drwalami, którzy konikami ściągali drwa. Drugie - z wygrzewającą się na ciepłym żwirze żmiją. Co prawda małą, ale jak powiedział jeden z wędrowców, "gryzącą tak samo jak duża". Rezolutnie uciekła w trawę.
Mijając Waloński Kamień i Cichą Równię doszliśmy do Stacji Turystycznej ORLE. Mieliśmy nadzieję na odpoczynek. Nic z tego. Panował tu niesamowity tłok. Tłum turystów na zewnątrz i w bufecie. Oczekiwanie na zamówione dania pochłonęło czas na odpoczynek. Aczkolwiek niektórzy zostali obsłużeni nieco szybciej. Zażartowałem bowiem do jednej z uczestniczek, by założyła kapelusz czarownicy - zostanie wówczas obsłużona poza kolejnością. Usłyszała to pani bufetowa i... spełniła życzenie. Niestety tylko raz.

Popas na Kobielowej łące (fot. K. Tęcza)

Ruszyliśmy dalej przez Kobylą Łąkę w stronę Chatki Górzystów. Tam, na Izerskiej Łące, w miejscu wyjątkowo ważnym dla Peuckerta, mogliśmy skosztować słynnych naleśników z jagodami. W budynku Chatki Górzystów znajdowała się szkoła. Co prawda profesor od czarownic nie nauczał dokładnie w tym budynku, bo ten jeszcze nie istniał, gdy był nauczycielem w Gross-Iser. Z pewnością jednak chadzał po tej łące, która przez Chatką się rozciąga.
Mieliśmy już za sobą niemal połowę drogi. Teoretycznie powinno być już z górki. Niestety teoretycznie. Minęliśmy Sine Skałki i by dotrzeć do Wieczornego Zamku trzeba było się wspinać. Najwyższy czas. Zanim nastał zmrok dojrzeliśmy nowo postawioną rzeźbę z wnęką. Postawiono w niej figurkę. Nasz humor znacznie się poprawił, gdy pojawiły się brązowe i złote barwy na pniach choinek. To zachodzące słonko tak pięknie się żegnało z nami.

Jak na razie nie mieliśmy większych problemów ze odnajdywaniem skrzynek. A teraz, po ciemku? Najpierw jednak posiłek. Każdy częstuje smakołykami. Niektórzy przynieśli własne wyroby. W dobrych humorach ruszyliśmy do nieczynnej kopalni kwarcu i dalej do skały znanej jako Skarbczyk. Ponoć w jednej ze szczelin skalnych ukryty jest kluczyk do wrót, za którymi ukryto kosztowności. Najprościej jednak poczekać na chwilę, w której wejście do skarbca otwiera się samo. Raz w roku. Ale uwaga! Znana jest opowieść o kobiecie, która wynosząc kosztowności zapomniała o własnym dziecku, zostawiwszy je w grocie. Drzwi się zamknęły, a kobieta pojęła, że zyskawszy bogactwo straciła swój największy skarb.

To była czarująca wycieczka! (fot. K. Tęcza)

A dla nas największym skarbem był wyryty tajemniczy znak umieszczony na kolejnej skale. Stojąc wysoko nad lasem, z czarną otchłanią przepaści pod nogami i nagim księżycem nad głowami, w ciepły wieczór, czując zapach gór, w stosownych kapeluszach, zastanawiamy się nad przeszłością, rozmyślamy o Górach Izerskich. Zlot czarownic i czarowników. Jarek Szczyżowski roztoczył opowieść o odległych czasach, kiedy właśnie przy tej skale spotykali się ludzie zafascynowani tajemnicami Gór Izerskich.

Przyświecając sobie latarkami, dotarliśmy na Wysoki Kamień. Niestety nikt w schronisku nie czekał na nas z ciepłą herbatą i pysznym ciastem. Dlatego nie zostaliśmy zbyt długo. Najbardziej niewygodnym odcinkiem całej trasy zeszliśmy do sztolni pirytu, gdzie powitały nas nietoperze. Ostatnia skrzynka - w niej ostatnie słowo hasła. Na zegarku wybiła północ. Pozostało już tylko zejść do muzeum, a po wylewnych pożegnaniach wyruszyć do domów na zasłużony odpoczynek.

Krzysztof Tęcza

 
 
 
 

Tagi: · relacja z wędrówki · szlaki turystyczne · Walończycy

· www.gildia-przewodnicy.pl

 
ExpresMenu
 

Zobacz więcej

 
 

© Góry Izerskie 2006-2017

http://www.goryizerskie.pl

newsletter kontakt redakcja prywatność archiwum spis treści facebook partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: plomby gwarancyjne montaż haków holowniczych regały magazynowe sprzątanie Wrocław