ciasteczkaWażne: Pozostawiamy ciasteczka. Przeglądając nasz serwis AKCEPTUJESZ naszą politykę prywatnościOK, schowaj.

 

Magazyn Turystyczno-Krajoznawczy GÓRY IZERSKIE

GÓRY IZERSKIE na wyciągnięcie ręki

Atrakcje Wieże widokowe    Wędrówki Rower Narty Na wózku Bezpiecznie Bliżej gór Las Historia Legendy


 

• start  » Relacje  » Jasna Góra Możliwości

 
 

Napisany: 2014-10-02

Jasna Góra Możliwości

Do czego służyły blaszki z nazwiskami? Którędy wiodły przemytnicze ścieżki? Jak skończył ostatni tkacz chałupniczy?

Spotkanie z wiatrakami na Lysým vrchu w tle (fot. A. Lipin)

Do Jasnej Góry pod Guślarzem, z którym wieś nieodłącznie się kojarzy, zawitali we wrześniu br. goście. Ale trochę tacy nie-goście. Przed siedemdziesięcioma laty to oni byli gospodarzami w Lichtenberg (Jasnej Górze). Odwiedzili swą rodzinną wieś, by porozmawiać o przeszłości, bo zaprosili ich nowi jasnogórzanie.
Założone pod koniec 2013 r. Stowarzyszenie na rzecz rozwoju Jasnej Góry GÓRA MOŻLIWOŚCI, rekrutuje się głównie z najnowszej fali napływowej jasnogórskich osadników. To głównie mieszkańcy sąsiedniej Bogatyni, których urzekła senna wioska przyczepiona do północnego stoku izerskiej góry. Choć niektórzy żyją już w Jasnej Górze ponad dekadę, dotąd nie organizowali podobnych spotkań. Inne wsie w gminie bogatyńskiej, gościły już dawnych, niemieckich mieszkańców w cyklu "Na wspólnych drogach". To głównie zasługa Marii Anny Marciniak. Jako przewodniczka po Euroregionie NYSA, doskonale orientująca się w środowiskach przesiedlonych Niemców, jest energicznym pomostem między polskimi i niemieckimi mieszkańcami Górnych Łużyc. Angażując się w liczne lokalne inicjatywy spaja historię z teraźniejszością. Spotkanie z mieszkańcami Lichtenberg nie mogło się więc udać bez pomocy i obecności Pani Marii.

Dziewczyny z Lichtenberg, teraz już seniorki. nadal mieszkają na Górnych Łużycach - w Żytawie i okolicach (fot. A. Lipin)

Może dlatego trzeba było długo czekać na okazję, że Jasna Góra zawsze była na uboczu? Czasem to zbawienne - chroniło przed zarazami, wojnami i klęskami. W innych przypadkach bywało uciążliwe. Ot, choćby droga do kościoła. Niskopienni górale spod Gickelsberg (Guślarz) musieli pokonywać 5 km w drodze na nabożeństwo. A powrót przecież był pod stromą górę! Po reformacji katolicy mieli jeszcze gorzej. Droga wydłużyła się aż do Seitendorf (Zatonia), położonego na drugim krańcu Kotliny Żytawskiej. Dlatego trakt wychodzący z Lichtenberg na północ nazywał się Kościelną Drogą. Tak było aż do XIX w. Wówczas mniszki z Marienthal pozwoliły na budowę kościoła katolickiego w Reichenau (Bogatyni), a w sąsiednim Bad Oppelsdorf (Opolno-Zdrój) wzniesiono mały kościółek ewangelicki.
W tamtej epoce powstała też w Lichtenberg szkoła, a gdy rozwinął się pobliski kurort - jadło i napitek oferowało aż 5 gospód. Najwyżej położoną atrakcją gastronomiczną był lokal na Gickelsberg.

Surową sielankę przerwała noc hitleryzmu. Skończyły się niedzielne wycieczki na "Górę guseł" i nikt nie nosił już do wypieczenia ciast piekarzowi. Właśnie aby w piecach nie pomylić blach, lichtenberżanie wtykali metalowe "wizytówki" z wybitymi nazwiskami. Garść tych blaszek na sobotnie spotkanie jasnogórzan przyniósł polski młodzieniec, a niemiecka staruszka odczytała swoje miano.
Jasnogórskie podpytywały starsze gospodynie z Niemiec o ulubione potrawy. We wspomnieniach przeważało proste jedzenie: ziemniaki, kasze, jabłka, kompoty i soki owocowe, np. z czarnych porzeczek, chętnie uprawianych w okolicy. Pojawiło się także danie, które "odkryłem" kilka lat temu w górnołużyckiej książce kucharskiej z historycznymi przepisami ("Oberlausitzer Kochbuch mit historischen Betrachtungen"). To popularne przede wszystkim w górskiej części naszego wspólnego kraju, ziemniaki purée z mięsem wołowym. Jego niemiecka pieszczotliwa nazwa brzmi "Teichelmauke". Utłuczone kartofle, uformowane na talerzu w dołek zalewa się wołowym rosołem z pokrojonym w kostkę mięsem. Potrawa wygląda jak stawek - stąd jej nazwa. Przepis, niezwykle prosty, zasługuje na odrębne potraktowanie. Tak też piosenka o kolejce wąskotorowej, którą goście chóralnie odśpiewali. Wkrótce o nich opowiem.

Opowieści o grze w piłce, śnieżnych zjazdach i lemoniadzie na Guślarzu - mogą się stać znów aktualne (fot. A. Lipin)

Lichtenberg w latach 30. XX w., podobnie jak dziś, zamieszkiwali rolnicy i robotnicy fabryk w przemysłowej Reichenau. Ostatniego lichtenbergskiego tkacza chałupniczego - dawniej całe Górne Łużyce z nich słynęły - los również zmusił do pracy w jednej z licznych w gminie tkalni. Padł bowiem ofiarą oszustwa. Podczas komiwojażerskiej podróży z wyrobami swego warsztatu, do pozostawionej w domu żony przyszedł jegomość podający się za wspólnika. Przekazał rzekome polecenie małżonka, aby powierzyć mu cały zgromadzony w domu towar. Tkacz po powrocie zastał pusty magazynek i zrozpaczoną żonę. Jego historię poznaliśmy w relacji wnuczki goszczącej pod Guślarzem, popołudniem 20 września br.

Wśród gości z niemieckiej części Górnych Łużyc przeważały panie, choć trafił się rodzynek. Dawniej podobno największy łobuz we wsi. Całe grono, pogodne, pogodzone z utratą swej maleńkiej ojczyzny, wspominało jasnogórskie lata swego życia z perspektywy kilkuletnich dzieci. Kiedy w 1945 r. wysiedlono ich "na kilka tygodni", aby Rosjanie mogli przeprowadzić masowy szaber - mieli po kilka, kilkanaście lat. Szyte grubymi nićmi krasnoarmiejskie kłamstwo trwa już lat 69 lat i cztery miesiące. A mimo to dawny łobuziak świetnie pamięta którędy najlepiej zjeżdżało się na łyżwach z Guślarza. Przy dobrych śniegach można było pokonać całą trasę do Reichenau. I dziś to możliwe. Wystarczy tylko, by gmina obcięła budżet na odśnieżanie Kościelnej Drogi i ul. Górskiej ;).

Gości zaszczycił wicestarosta zgorzelecki Mariusz Tureniec - kandydat na burmistrza miasta i gminy Bogatynia w zbliżających się wyborach. Maria Marciniak proponowała wspomożenie budżetu samorządowego przez wykorzystanie przemytniczych ścieżek ;) (fot. A. Lipin)

Dróg wszak nie wytyczono do zabaw dzieciarni. Od czasu faktycznego przejęcia Górnych i Dolnych Łużyc przez elektorów saskich w 1635 r., krajowa granica czesko-górnołużycka stała się granicą państwową. Czechy włączone do posiadłości Habsburgów i Elektorat Saksonii rozdzieliła linia, która mimo kolejnych zmian państwowości utrzymuje się tutaj niemal niezmiennie do dziś.
Jak na każdej granicy - powstały komory celne, a przepływu towarów doglądali urzędnicy celni. Nie może więc dziwić, że wnet poza drogami wydeptano przemytnicze szlaki. W końskich jukach ukrywano to, co zazwyczaj państwa obkładają najwyższym cłem: tytoń i spirytualia, ale też mąkę i czeskie kiełbaski wędzone.
Choć w 1918 r. po południowej stronie Guślarza utworzono niepodległą Czechosłowację, a stosunki z państwem niemieckim były napięte - szmuglerskie dróżki wcale nie zniknęły. Stało się tak dopiero 29 września 1938 r. wskutek podpisania haniebnego układu monachijskiego sankcjonującego rozbiór Czechosłowacji. Naziści zagarniając wyimaginowany "Kraj Sudecki" zlikwidowali istniejącą 303 lata granicę.
Kto wie, czy gdyby nie całkowita wymiana ludności po 1945 r., na przypadłych Polsce Wschodnich Górnych Łużycach i w Północnych Czechach, szmuglerskie ścieżki znów nie byłyby w użyciu? Dziś po zjednoczeniu Europy byłyby co najwyżej ciekawostką dla turystów.

Goście przekazali stowarzyszeniu GÓRA MOŻLIWOŚCI amatorską monografię Lichtenberg (fot. A. Lipin)

Turystyczne atrakcje, choć nie są kalibru wawelskiego zamku czy tatrzańskiego Morskiego Oka, otaczają Jasną Górę ze wszystkich stron. Widoki rozciągają się spod Guślarza na Górne Łużyce aż po Bieżuniec (Landeskrone), Lubań i Gryfów Śląski. Z samego szczytu sięgają przebogatej rzeźby Gór Izerskich i Podjesztedzia. W okolicy nie brakuje zabytków - zamek Grabštejn, czeskie bunkry przeciwpiechotne "Řopíky", ruiny kościoła w Horním Vítkovie. W niej warto także odwiedzić replikę wczesnośredniowiecznej osady. Oplatająca Jasną Górę sieć dróg, dróżek i leśnych duktów to świetne, na rowerze i na pieszo, trasy turystyczne. Malownicze dolinki potoków są idealnym miejscem na rodzinne pikniki. Chruśniaki z malinami, jeżynami i dziką różą, lasy z grzybami i czarnymi borówkami, czy też łąki porosłe ziołami - to niezły rezerwuar tego, co większość z nas lubi widzieć na stole.
To ostatni zakątek południowej części gminy bogatyńskiej nie zgnieciony ciężkim przemysłem. Nieprzekształcony przez człowieka, tak że trudno poznać, gdzie dół a gdzie była góra. Wystarczająco ładny, by się tutaj osiedlać, wieść spokojne ciche życie na początku Gór Izerskich. Uprawiać hobby, sad bądź drobne rzemiosło. Tworzyć małe i większe dzieła, albo budować podwaliny turystyki. Musi się przecież rozwinąć po zakończeniu wydobycia węgla i zalaniu odkrywki jeziorem.

W kotle zmieszały się różne składniki - wyszło z nich smaczne danie. A co przyniesie mix starych i nowych jasnogórzan? (fot. A. Lipin)

Ochrona krajobrazu - jednego z najcenniejszych w gminie - stała się kluczowym celem zawiązanego w Jasnej Górze stowarzyszenia. Zagrożenie przyszło z nieco nieoczekiwanego kierunku - energetycznego. A wydawałoby się, że skoro 10 km dalej pracuje ogromna siłownia, Jasnej Górze już nic gorszego nie grozi. Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, aby na gruntach Jasnej Góry wybudować elektrownie wiatrowe. Nie szkodzi, że wbrew logice. Nie ważne, że na przekór rozsądkowi wielu mieszkańców wsi i miasta. Liczy się chęć zysku i umiejętne wykorzystywanie najbardziej skompromitowanego ustroju politycznego - polskiej demokracji.
Owszem, wiatraki w Lichtenberg już kiedyś były: jeden paltrak i dwa koźlaki, a na czeskim skłonie Guślarza kolejny (pod wierzchołkiem Spitz-Berg). Służyły jako młyny zbożowe, więc nie zaburzały krajobrazu. O ich, raczej słabej, wydajności niech zaświadczy fakt, że niejaki Zimmermann - właściciel paltraka przy dzisiejszym boisku sportowym (ul. Sportowa) - nie mógł się utrzymać z samego młynarstwa i uprawiał również rolę. Wiatry jasnogórskie bywają silne, lecz kapryśne i nieprzewidywalne.
Miejmy nadzieję, że przy determinacji, i z pomocą przepisów prawa, zdmuchną wiatrakowe pomysły w nadmorskie regiony Polski. Albo przynajmniej na zewnętrzne zwałowisko pokopalniane, które i tak jest gruntem napiętnowanym industrializmem.

Wspólne zdjęcie ze spotkania. Pamiątka, która powinna zawisnąć w wiejskiej świetlicy (fot. A. Lipin)

Spędziłem przemiłe popołudnie pod Guślarzem. A ponieważ jestem z Jasną Górą emocjonalnie związany - chciałbym aby GÓRZE MOŻLIWOŚCI się udało rozwijać wieś w dobrym kierunku. Życzę tym ludziom, równie wielkiego co Guślarz, potencjału. Aby "móc" = "chcieć", a chęci przekuwali w czyny. By to się powiodło kolejne spotkania muszą zintegrować jasnogórzan. Rozłam na "starych" i "nowych" jest wyczuwany z daleka. W jego tle, drzemie nie tylko konflikt wokół pełzającego odwołania sołtysa. To też nie tylko wina tego, iż zasiedziali jasnogórzanie są bierniejsi społecznie. Podział jest powszechnym kłopotem wynikającym z pojawienia się "nowych". W każdej społeczności następuje takie zjawisko, kiedy przychodzą obcy, z miasta, z własnymi widzimisię. Wszyscy patrzymy podejrzliwie na kogoś, kto zjawia się na naszym podwórku, w naszym domu i zaczyna od wprowadzania porządków. Przypomina się pewna mądrość: "Zamieszkałeś w nowym dla siebie miejscu? Idź na cmentarz - zobacz ile pokoleń bliskich twoich nowych sąsiadów tam leży." Choć w Jasnej Górze nie ma cmentarza - są żywi. Warto przed nimi się pokłonić, bo nie wszystkim muszą podobać się idee unowocześniania Jasnej Góry. Ten punkt widzenia lepiej poznać i zrozumieć.

Dialog bywa trudny. Niekiedy wydaje się niemożliwy. Zazwyczaj udaje się, kiedy wszystkich połączy wspólna idea. A przynajmniej większość. Czy taka zrodzi się w Jasnej Górze?

Arkadiusz Lipin

 
 
 
 

Tagi: · punkt widokowy

Linki: · Vysoký · Kogo trzeba ożywić? · goramozliwosci.cba.pl · bogatynia.dwr.pl/graniczny.html

 
ExpresMenu
 

Zobacz więcej

 
 

© Góry Izerskie 2006-2017

http://www.goryizerskie.pl

newsletter kontakt redakcja prywatność archiwum spis treści facebook partnerzy też warto

 

 

 

Polecane: plomby gwarancyjne montaż haków holowniczych regały magazynowe sprzątanie Wrocław